Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty

TRENING: Praca z ziemi z kl. Largo Rahera

Koń:  Largo Rashera
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 9 sierpnia 2017, g. 6:10-7:00

Dziś nie panował już aż taki upał, ale i tak wstałam wcześniej, z myślą, by spróbować dziś w końcu zrobić coś z Raszką. Nerwowa z natury arabka przywykła już do nas, ale na razie jedynie spacerowaliśmy z nią w ręku. Dlatego gdy tylko wstałam, wygłaskałam Smoka i ruszyłam na pastwisko po siwkę.
Dała się złapać bez problemu. Czyszczenie na zewnątrz szło spokojnie. Raszka czasem przestępowała nerwowo z nogi na nogę, jednak na dźwięk mojego głosu nieco się uspokajała. Gdy już była czyściutka, zabrałam ją na lonżownik.
Na nim Raszka natychmiast się spięła: miała ograniczony widok na resztę koni na pastwisku i potrzebowała chwili, by jednak ich wypatrzeć.
– Raszka... z ciebie podobno koń do pleasure? – mruknęłam, czekając, aż klacz się nieco uspokoi.
Gdy wypatrzyła już konie i obejrzała sobie lonżownik, powoli zaczęła nieco się rozluźniać. W końcu opuściła pysk, mieląc pyskiem: stała jednak kawałek ode mnie, a gdy tylko zrobiłam krok to przodu, natychmiast podniosła łeb.
Wzdychając, znów się cofnęłam. Siwka chwilę mnie poobserwowała, po czym znów się rozluźniła. 
Wiedziałam, że to zaledwie czterolatka: zajeżdżona została naprawdę niedawno i miała prawo do pewnych buntów. Ale tak nerwowego zwierzęcia, wychowanego w dobrych warunkach, to ja już dawno nie widziałam.
Przez następne piętnaście minut stopniowo zbliżałam się do klaczy: krok do przodu, brak akceptacji? Cofnięcie. Znów – krok. Cofnięcie. Potem dwa kroki, bo przestała na mnie reagować... i kolejny, a potem jeszcze jeden. W końcu dotarłam do niej i wyjęłam z kieszeni spodni kawałek pociętej w plasterki marchewki. Klacz ostrożnie go powąchała, po czym go zjadła: miałam wrażenie, że robi wszystko, by nie dotykać mojej dłoni.
Zdawałam sobie sprawę, że to nowa sytuacja, a ona raczej trudno przyzwyczajała się do takowych: nie miała nic przeciwko mnie, dopóki była na spacerze z innym koniem, albo gdy czyściłam ją w miejscu, gdy miała widok na całe stado. Tu była jednak odseparowana.
Co dalej? Postałam przy niej przez chwilę, podając jej jeszcze jeden plasterek, po czym zaczęłam prowadzić ją po lonżowniku jak na uwiązie. Znów jej pierwsza reakcja była nerwowa, ale w końcu się uspokoiła.
– Przecież wiesz, jak się chodzi na lonży, nie? Spróbujemy?
Zatrzymałyśmy się, po czym kazałam jej zostać i odsunęłam się od niej, co na Raszce nie zrobiło większego wrażenia. Spokojnie, nie śpiesząc się z niczym, poprosiłam ją o stęp: nie miałam ze sobą bata, a za „straszak” robiła mi końcówka lonży, co przy tej klaczy zupełnie wystarczało. Bez problemu zachęciłam ją do stępa, jednak Raszka ruszyła z kopyta – jak na nią przystało – bardzo nerwowo. Nie poganiałam jej i czekałam, aż znów się uspokoi. Dopiero, gdy szła spokojnie, poprosiłam ją o zmianę strony.
Bez problemu przeszła, nawet nie unosząc pyska. 
Zadowolona, że wszystko gra, miałam właśnie poprosić ją o kłus, ale okazało się, że los ma inne plany: niespodziewanie wiatr uniósł jakiś worek, który wpadł na lonżownik, szeleszcząc. Co, oczywiście, wzbudziło w Raszce panikę. Wystrzeliła z kopyta, niemal ciągnąc mnie za sobą, po chwili kręcąc się wokół ściany najbardziej oddalonej od worka.
Gdy sama się nieco uspokoiłam i zorientowałam w sytuacji podeszłam ostrożnie do worka i podniosłam go. Trzymałam go w ręku, czekając, aż klacz się uspokoi.
Powtórzyłyśmy to samo, co na samym początku, tyle, że tym razem zajęło nam to co najmniej dwa razy więcej czasu: stopniowo zbliżałam się do Raszki z workiem, za każdym razem czekając, aż się uspokoi i zaakceptuje szeleszcząc przedmiot. Gdy do niej podeszłam, a ona go powąchała i zaakceptowała, wręczyłam jej smakołyk.
– Takie straszne to było, hm?
Nie chcąc jej dłużej męczyć, ostrożnie schowałam woreczek do kieszeni i wyprowadziłam ją z lonżownika.

TRENING: Praca z ziemi (zajeżdżanie) z kl. Outlaw Run

Koń: Outlaw Run
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 5 sierpnia 2017, g. 6:10-7:00

Upały były bezduszne. Nawet tu, w samym środku polskich gór. Przez to, czy mi się to podobało, czy nie, konie musiałam trenować z rana. Mimo, że była dopiero szósta, ja właśnie przygotowywałam Ronni do pracy. Miałyśmy się spotkać na chwilę, trochę pobawić i oswoić z siodłem, które już czekało na jednej z ujeżdżalni.
Szybko ją wyczyściłam, uważnie oglądając nogi młodej. Założyłam jak kawecan, wzięłam lonże i bacik, po czym ruszyłam z nią na plac. Kasztanka szła spokojnie aż przez połowę drogi, po czym stanęła i uznała, że ona dalej nie ma zamiaru iść.
– Ej no młoda, ruchy.
Dałam jej sygnał do ruszenia, który zupełnie zignorowała, dlatego wzdychając, lekko dotknęłam jej zadu batem. To wystarczyło, by Ronni się opamiętała i grzecznie ruszyła.
– No, dobry konik.
Na ujeżdżalni od razu kazałam jej iść w stępie. Prowadziłam ją przez chwilę, bezustannie zmieniając swoje położenie. Najpierw szła wokół mnie, chwilę później – po półkolu, a następnie prosto, obok mnie. Poprowadziłam ją na trzy drągi rozłożone na stępa, które klacz bez problemu pokonała. Gdzieś w połowie tych ćwiczeń Ronni grzecznie opuściła pysk, nieal dotykając nosem ziemi.
W międzyczasie zauważyłam, że przygląda się nam Smok. Pies leżał z boku ujeżdżalni, machając ogonem, wyraźnie czekając, aż zwrócę na niego uwagę. Ech...potem. Choć potem będzie gorąco, na co pewnie pies zareaguje zupełnym olaniem świata. Zobaczymy, co potem z nim wymyślę. Na razie musiałam skupić się na quarterce.
Poprosiłam klacz o kłus. Przez moment oponowała, jakby próbując mnie sprawdzić, jednak gdy zobaczyła, że nie odpuszczam, ruszyła żwawym, rytmicznym krokiem. Na moment uniosła też głowę, by się rozejrzeć, poczym znów ją opuściła.
Powtórzyłyśmy dokładnie do samo, co w stępie, by rozgrzać jej mięśnie, po czym kazałam jej na moment przejść do stępa. Po paru krokach znów poprosiłam o przyśpieszenie, by po raz kolejny kazać jej zwolnić i następnie zatrzymać ją zupełnie. Poprosiłam ją o cofanie, które klacz, już zupełnie skupiona na mnie, wykonała bez problemu. Pochwaliłam ją za to i przyprowadziłam do ogrodzenia, na którym czekało na nas siodło.
Osiodłałam Ronni, która w żadnym razie na to nie narzekała, grzecznie przyjmując siodło. Gdy ruszyła, przez chwilę była nieco spięta, jednak gdy dwa razy mnie okrążyła znów szła z opuszczoną głową.
Powtórzyłyśmy właściwie to samo, co bez siodła. I tym razem obyło się bez większych problemów. Chwilę dłużej ćwiczyłyśmy przejścia ze stępa do kłusa i z kłusa do stępa, bo te szły jej nieco bardziej opornie, jednak poza tym Ronni nie sprawiała żadnych większych problemów. Miała zdecydowanie dobry nastrój.
Następnie znów zrobiłyśmy jedno cofanie. Pochwaliłam ją za nie i przeprowadziłam klacz przez stojący obok mostek. Za pierwszym razem okazała delikatną nerwowość, za drugim jednak szła ze spokojnie opuszczonym łbem.
Pochwaliłam ją i nie chcąc przedłużać naszego spotkania, ruszyłam w stronę stajni.
Smok, cały czas czający się niedaleko, ruszył za nami, radośnie podszczekując: chyba zauważył jakiegoś owada i uznał, że spróbuje go złapać. 

TRENING: teren z kl. Tropical Honey i kl. Outlaw Run

Końie: Tropical Honey, Outlaw Run (na lince)
Trener: Podkowa
Typ treningu: trening rajdowy / teren
Data, czas i miejsce: 19 czerwca 2017, g. 16:00-17:40, Rancho Arisha


Jedziesz samotnie. Lasem. Tylko ty i twoje dwa konie: jeden, ten, który niesie cię lekkim galopem po ścieżce zachowuje zupełny spokój. Za tobą podąża drugi koń, na lince: nieco zaniepokojony, czasem szarpie pyskiem, ale dotrzymuje kroku. Jesteście tylko we trójkę i nic, zupełnie nic wam nie przeszkadza.
No może poza owczarkiem australijskim, który biegnie za wami z wywalonym ogonem i wyraźnie ma dość próby dogonienia galopującego konia.
Ach, i może nic poza tym że siedzisz na swoim-nie-swoim koniu. Może i wychowałaś tą cholerną Tropkę, ale ktoś ci ją „ukradł” i ostatnio siedziałaś na niej... z pół roku temu? Jakoś tak to wyjdzie. Ale chciałaś pojechać w teren, a twój czarny nieudacznik się podbił, zaś gniadoszka nie mogła mieć zbyt wielu przerw w treningu.
W końcu była koniem rajdowym. Nawet ostatnio nauczyła się sikać na komendę, jak na takowego przystało. Ale szpan, nie? Wystarczy sygnał, by spod konia lał się strumień żółtego płynu. Doskonała broń, gdyby ktoś wyleciał na ciebie z lasu z nożem.
Pozwoliłam Tropce przejść do stępa. Ronni przyjęła to chyba z wyraźną ulgą: czułam od dłuższego czasu jak się szarpała, próbując zwolnić. Gniadkoszka miała wybitną kondycje, z kasztanką było jednak nieco gorzej. Niemniej, i tak nieźle sprawdzała się w terenie. Quarabka radziła sobie gorzej... Choć fakt, przy Blacku nie miałam jak wymusić na niej tak długiej drogi w równomiernym chodzie.
Gdy Smok do nas dobiegł, położył się na moment w trawie, a jego spojrzenie wyrażało tylko: „Idźcie dalej, dogonię was, jak tylko złapię oddech”. Nie mógł zostać w domu, nie? 
Boki obydwu klaczy poruszały się miarowo. Kątem oka spojrzałam na wyciszoną już rudą. Jak dorośnie, powinien być z niej niezły koń, na razie jednak te wspólne wyjazdy w teren uczą ją chodzić w równym rytmie i po nieciekawym w terenie. Nie wątpiłam, że to da owoce pod siodłem: mimo młodego wieku była właściwie zupełnie przyzwyczajona do tego, co działo się w lesie.
– Smok! Idziemy! – zawołałam, widząc, że pies jest coraz dalej ode mnie. Nie musiałam mu tego dwa razy powtarzać. Po chwili szedł ramię w ramię ze stępującą Tropką.
Uśmiechnęłam się, widząc, jak dzielnie podąża za nami, mimo że wyraźnie miał już dość. Gdyby był człowiekiem, pewnie przeklinał by sam siebie za to, że postanowił iść z nami.
Gdy zwierzaki odetchnęły, kazałam Torpce przejść do kłusa. Klacz niosła tak lekko, jakby długi galop, którym szła przed chwilą nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia. Gorzej było z Ronni: słyszałam, jak ciężko stąpa.
Da radę jeszcze chwilę pokłusować... Kondycje sobie dziewczyna musi wyrobić, choć pewnie w porównaniu do innych niechodzących jeszcze pod siodłem dzieciaków i tak była wybitna. W końcu w tereny chodziła regularnie. Przy tak małym stadku mogłam się wszystkimi końmi dobrze zająć.
Do stępa przeszłam, gdy na końcu drogi zobaczyłam przejaśnienie, które jasno mówiło: lada moment wyjedziemy z lasu wprost na rancho. Czas, by ich mięśnie trochę się ochłodziły, a gdy podjedziemy pod stajnie, będę musiała schłodzić im nogi wodą z węża. Dzisiejszy upał był niemiłosierny.

TRENING: Praca z ziemi z kl. Zaafarana SA

Koń: Zaafarana SA
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 19 czerwca 2017, g. 10:00-10:50, Rancho Arisha

Nasze dwie arabki były niczym ogień i woda. Raszka była nerwowym koniem, który wciąż nie potrafił się u nas odnaleźć. Zarka zaś swoim charakterem przypominała mi bardziej spokojnego, dobrodusznego quartera, niż ognistą, rudą bestyjkę prosto z Afryki. W gruncie rzeczy dziękowałam jednak Bogu, że to mój koń, a nie Zafiry jest nieco walnięty. Dzięki temu nie musiałam gonić się z treningiem Raszki, która stopniowo dochodziła do siebie.
Klacze stały w jednym boksie i wypasały się na pastwisku sąsiadującym z tym należącym do reszty. Na razie nie chciałam ich ze sobą łączyć, ale za tydzień-dwa powinny już biegać razem. Zdecydowanie nie lubię rozdzielać mojego i tak niewielkiego stada.
Postanowiłam zapoznać się dziś nieco bliżej z Zarką właśnie. Wzięłam ją więc z pastwiska, na co Raszka zareagowała dość nerwowo, nie rozumiejąc, czemu zabieram jej koleżankę. Na ten moment nie mogłam jednak nic z tym zrobić: musi nauczyć się siedzieć sama.
Kasztanka została przeze mnie wyczyszczona, w trakcie zachowując się bardzo grzecznie. Musiałam nieco więcej cierpliwości zużyć na czyszczenie jej kopyt, bo Zarka wciąż chciała odkładać nogi na ziemię, ale jakoś dałam radę.
Gdy kończyłam, do stajni wszedł Szymek.
– Hej, hej, coś mam zrobić przed treningiem? – spytał, stając kawałek od boksu.
– Cześć. Możesz posprzątać boksy w sumie... i wymienić żarówkę w siodlarni, ojciec chyba nie będzie miał czasu – powiedziałam, zakładając na pysk klaczy kawecan. Przyjęła go bez zarzutu.
– Okej. Powodzenia z rudą.
– Dzięki – rzuciłam, wyprowadzając klacz ze stajni.
Prowadziłam Zarkę na lonży. Nie miałam zamiaru brać bata: linka powinna mi wystarczyć, poza tym miałyśmy się dziś poznać, a nie trenować. Gdy dotarłyśmy do lonżownika bez problemu wprowadziłam na niego kobyłkę i od razu po zamknięciu bramki, odpięłam jej linkę, którą pogoniłam ją do stępa.
Bez wątpienia była porządnie lonżowana: szła równym, eleganckim tempem. Gdy lekko ją pogoniłam, wyciągnęła chód, ale nie próbowała zmienić go na kłus.
– Dobry konik – mruknęłam i lekkim machnięciem ręki kazałam jej przyśpieszyć.
Przeszła płynnie do lekkiego kłusa. Widziałam, że jest mocno skupiona: jej głowa opuszczona była w dół, a uszko cały czas kierowała w moją stronę.
Po kole w kłusie pozwoliłam jej zwolnić, a następnie zatrzymać się, co uczyniła bez problemu.
Pochwaliłam ją i podeszłam do niej, wręczając jej plasterek marchewki, który trzymałam do tej pory w woreczku w kieszeni.
Pogłaskałam ją i pozwoliłam jej na chwilę odpoczynku, a następnie znów poprosiłam ją o kłus. Ruszyła od razu, nawet nie próbując iść stępem.
Miała bardzo ładny chód i zdecydowanie była koniem, który łapał za oko, chociaż musiałam sama przed sobą przyznać, że to Raszka w moich oczach wypadała lepiej, jeśli chodzi o kłus sam w sobie. Niemniej, siwka nie jest tak widowiskowa jak ten rudzielec z pięknie malowanym pyskiem i burzą włosów, które sprawiały, że wiecznie wyglądała jak mała dziewczynka.
Po paru przejściach kłus-stęp i stęp-kłus znów pochwaliłam Zarkę i przypięłam jej lonże. 
– Chodźmy na ujeżdżalnie na chwilę, co? 
Wzięłam ją na nasz usyfiony wszystkim plac. Chciałam sprawdzić, jak reaguje z ziemi na podstawowe, trailowe przeszkody, by wiedzieć, czego mogę się potem spodziewać.
Poprowadziłam ją na mostek, najpierw idąc przed nią. Przeszła przez niego bez problemu. Za drugim razem, gdy ja szłam obok także nie narzekała. Nie bała się go. I dobrze.
Następnie poprowadziłam ją na drągi. Początkowo nie zrozumiała do końca o co mi chodzi i trochę pogubiła się na pierwszych w stępie, ale kolejne próby i w tym chodzie, i w kłusie wyszły jej bez problemu. Została za to obficie wygłaskana.
Otwieranie naszej prowizorycznej bramki z liną już było lekko problematyczne. Nie podobało jej się, że linka w pewnym momencie dotknęła jej zadu: błysnęła białkami i wyraźnie się spięła, choć nie panikowała i nie uciekała. Poświęciłam więc temu elementowi chwilę dłużej, pozwalając klaczy zapoznać się z nową przeszkodą. Po kilku próbach zrozumiała mniej więcej o co chodzi, za co ją pochwaliłam i w ramach nagrody, zakończyłam trening. 
Przed wypuszczeniem jej do Raszki sprawdziłam tylko kopyta kasztanki i pozwoliłam jej znów hasać po trawie razem z siwą koleżanką.

TRENING: Trening trailowy z wał. Arrete's Trouble

Koń:  Arrete's Trouble
Jeździec i trener: Podkowa
Typ treningu: trening trailowy
Data, czas i miejsce: 14 czerwca 2017, g. 7:50-8:30, Rancho Arisha

Postanowiłam wziąć Arte na mały trening. Nie było jeszcze ósmej, konie pół godziny temu zjadły śniadanie: ja nie zjadłam nic. Żołądek miałam cały czas zaciśnięty po rozmowie z Szymkiem. Miałam nadzieję, że odrobina ruchu to zmieni.
Wypuściłam resztę kopytnych. Arte stał spokojnie w boksie, przeżuwając siano. Nie czekając na nic, przyniosłam z siodlarni szczotki oraz jego sprzęt i zabrałam się za niego. Zauważyłam, że musiałabym przepleść jego grzywę. Ech, po treningu... a jak nie po treningu to po tym, jak zjem śniadanie: chwila w boksie mu nie zaszkodzi.
Gdy był gotowy, wzięłam go na większą ujeżdżalnie, nieźle usyfioną przez poprzednie treningi. Wszędzie walały się drągi, opony i kładki. Cóż... tak to się kończy, gdy co chwilę dokładam coś nowego, a potem nie chce mi się tego sprzątać. Potem to ogarnę... potem.
Wsiadłam na haflingera i poprowadziłam go wokół ujeżdżalni w stępie. Początkowo miałam go na luźnej wodzy, bo akurat ktoś do mnie zadzwonił; po szybkiej rozmowie jednak zebrałam nieco wodzę i kazałam mu wyciągnąć stęp.
Po kilku krokach dałam mu sygnał do kłusa. Arte wykonał polecenie z drobnym opóźnieniem. Szedł chętnie, żwawo. Po połowie okrążenia kazałam mu wyciągnąć chód; zrobił to bez ogródek. Gdy już trochę się rozgrzał, kazałam mu trochę zwolnić tępo i prowadziłam go wokół rozłożonych wszędzie po ujeżdżalni przeszkód. Nie miał problemów ze skrętami.
Po powrocie na ścieżkę wokół ujeżdżalni po chwili poprosiłam go o galop, co Arte także wykonał bez problemu. Bo chwili na rozgrzanie mięśni pozwoliłam mu przejść do stępa i pogłaskałam go po szyi.
Odetchnął trochę, dlatego zabrałam się do porządnego treningu. Zaczęliśmy od chodów bocznych na drągach. Najpierw podjechałam do nich w stępie z jednej strony, a gdy Arte nie miał problemów z tym elementem powtórzyłam je od drugiej. Pochwaliłam go za go.
Po chwili przerwy popracowaliśmy nad przejściami step-kłus, a potem kłus-zatrzymanie; początkowo chłopak trochę nie ogarniał, co się dzieje, ale gdy już załapał, nie sprawiało mu to problemów. Dlatego poprowadziłam go w kłusie aż do drąga, przy którym robiliśmy wcześniej chody boczne, zatrzymałam go z prawej strony i poprosiłam go o krok w bok: znów wyszło bez problemów.
Niestety, to samo z lewej strony nie było dla niego aż tak oczywiste: najpierw miał problem z zatrzymaniem się, a potem niezwykle długi myślał nad pójściem w bok. Przy powtórce było nieco lepiej, ale dopiero przy trzecim podejściu uzyskałam taki efekt, jaki chciałam.
W ramach pochwały Arte dostał pełne koło w stępie na luźnej wodzy.
Uznałam, że poprowadzę go sobie przez mostek, a gdy Arte przeszedł go bez problemu został pogłaskany i popędzony do kłusa. Najechałam na drągi, które pokonał bez problemu, a potem zatrzymałam go przy drągach ustawionych na cofanie. Haflinger cofnął może niezbyt dokładnie i niezbyt energicznie, ale grzecznie wykonał polecenie, za co został pochwalony.
Nie mając większego pomysłu na dalszą część treningu poprowadziłam do przez chwilę w kłusie po ujeżdżalni pilnując tępa. Gdy zauważyłam, że Arte ma dość, rozstępowałam go i zaprowadziłam do stajni.
Po rozsiodłaniu go poszłam coś zjeść, planując potem wrócić do konia i ogarnąć jego grzywę.

TRENING: Praca z ziemi (zajeżdżanie) z kl. Outlaw Run

Koń: Outlaw Run
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 14 czerwca 2017, g. 15:00-15:45

Ronni z dzieciaka powoli zmieniała się w dorosłego konia. Wprawdzie jeszcze trochę nieskładnego, bo ciągle nabierała masy, ale powoli z brzydkiego kaczątka zmieniała się w piękną przedstawicielkę swojej rasy. Dziś postanowiłam wziąć ją na lonżownik, by pokazać jej siodło. To powiesiłam na ogrodzeniu już wcześniej, więc teraz, gdy czyściłam klacz, nie musiałam się o nią martwić.
Ilość naszych koni była niezwykle malutka: stało u nas aż pięć koni, z czego Black był właściwie emerytem, co z resztą nie bardzo mu przeszkadzało. Aarona wysłałam do hodowli spod Wrocławia, bo zaczął mocno ogierzyć, a Efrafa już na stałe zamieszkała w swojej rodzimej hodowli. Byłam teraz sama: moi rodzice pojechali do Zakopanego, a Szymek miał wpaść potem, bo właśnie wracał z załatwiania jakiś rodzinnych spraw, z których mi się nie tłumaczył. Ech, cóż zrobić, nie?
Ronni miała być zajeżdżana porządnie dopiero na wiosnę 2018 – planowaliśmy, by do tego czasu pracować z nią delikatnie i ostrożnie, tak, by we łbie jej się poukładało, ale to byłoby na tyle. Żadnych trudnych treningów, żadnych konkretnych poleceń: miała się jeszcze pocieszyć dzieciństwem przez bite dziewięć-dziesieć miesięcy. Nie powie, ubolewałam trochę nad tym: brakowało mi konia, na którym mogłabym startować w reiningu, a w takim razie do startów w tej konkurencji nadawałaby się najwcześniej na sezon 2019.
Gdy wyczyściłam porządnie klacz, zapięłam ją na lonżę i ruszyłyśmy na roundpen. Widok siodła na ogrodzeniu w żadnym razie jej nie zdziwił: chyba przywykła, że w ładne dni nikomu nie chce się ich sprzątać i potrafią wisieć na każdym możliwym płocie. W każdym razie na początek postanowiłam ją trochę rozgrzać. Kazałam jej pójść stępem wokół ogrodzenia. Widząc jednak, że ta chętnie idzie do przodu, prędko pogoniłam ją najpierw do kłusa, a potem do galopu i czekałam, aż zejdzie z niej nadmiar energii. W końcu Ronni sama zaczęła dawać mi sygnały, że chce zwolnić. Pozwoliłam jej na to i kazałam jej przez chwilę stępować.
– Dobra, słoneczko, stój. – Zatrzymałam ją, gdy po kilku minutach jej oddech się uspokoił. Ronni spoglądała na mnie swoimi wielkimi, spokojnymi oczami.
Przerzuciłam lonże przez płot i podeszłam do ogrodzenia. Wzięłam pad i podeszłam do pyska Ronni, pozwalając go jej powąchać. Nawet się nim nie zainteresowała.
– Spokojnie, maleńka, to nie zrobi ci krzywdy, OK? – mruknęłam, podchodząc spokojnie do jej boku.
Gdy zarzuciłam na jej grzbiet pad nawet nie drgnęła.
Z siodłem poszło równie łatwo. Kompletnie nic nie robiła sobie z ciężaru na grzbiecie, ale nie dość, że często widziała, jak siodłamy inne konie to jeszcze parokrotnie miała już siodło na chwilę na sobie. Nic dziwnego, że nie robiło to jej różnicy.
Zapięłam delikatnie popręg: tak, by siodło nie spadło, ale jednocześnie nie uciskało Ronnie. Drgnęła, gdy to zrobiłam, ale przyjęła to ze spokojem.
Przypięłam go jej ogłowia lonże i poprosiłam, by ruszyła stępem. Kilka pierwszych kroków było szybszych: zdziwiona, że ma coś na grzbiecie przyśpieszyła tak, jakby chciała zobaczyć swój zad... Cóż, na szczęście prędko się uspokoiła. Przez pełne koło szła z głową podniesioną do góry, w końcu jednak zaczęła się rozluźniać i opuszczać ją.
– Dobry konik, brawo – powiedziałam, pozwalając się jej zatrzymać, podchodząc do niej i następnie głaszcząc ją po szyi.
Podeszłam na moment do siodła i pociągnęłam popręg nieco mocniej. Ronni znów drgnęła, ale po chwili stresu pojawiła się akceptacja i rozluźnienie; w ramach pochwały pogłaskałam ją, a potem ściągnęłam siodło z jej grzbietu.
– Wystarczy chyba, co? Dzielna klaczka. Idziemy na padok, hm?

TRENING: Praca z ziemi z kl. Outlaw Run

Koń: Outlaw Run
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 22 października, 9:00-9:45, Rancho Arisha

Mimo, że była sobota Rancho świeciło dziś pustkami. Szymek miał wpaść dopiero po południu, bo z rana miał pojechać do sklepu po nowe szczotki dla koni: nasze były już zużyte do granic. Nikt też nie był umówiony na jazdy. Niemniej, z tym akurat nie mogłam kompletnie nic zrobić: od połowy października do świąt zwykle mieliśmy niewiele jazd i klientów. Dopiero od stycznia, gdy ludzie przyjeżdżali na narty znów zaczynało się coś ruszać. Ech... Trzeba jakoś te ciche dni przetrwać, nie?
Korzystając z wolnego czasu postanowiłam wziąć Ronni na ujeżdżalnie. Chwila pracy jej się przyda.
Wzięłam ją prosto z pastwiska. Wprawdzie była nieco ubłocona, ale kopyta miała czyste.
Gdy prowadziłam ją na ujeżdżalnie Smok skakał wokół nas niczym szczeniak, trzymając w pysku swój ulubiony sznurek. Dopiero, gdy zaczęłam pracę z Ronni zorientował się, że tym razem nici z zabawy i położył się grzecznie w rogu ujeżdżalni.
Odpięłam uwiąz od kantara klaczy i za jego pomocą pogoniłam ją do stępa. Szłam za nią, pozwalając wybierać jej kierunek, jednak cały czas pilnując, aby klaczka trzymała jakieś tempo. Gdy zwalniała, cmokałam, a gdy to nie dawało efektu wystarczyło, bym machnęła delikatnie linką. 
Ronni omijała drągi, mostek i bramkę, które rozłożone były na ujeżdżalni, a ja krążyłam między nimi wraz z nią.
Następnie odeszłam od klaczy, tym razem poganiając ją do kłusa. Tym razem klacz chodziła niemalże w okręgu wokół mnie, a ja kroczyłam wewnątrz niego cały czas pilnując jej tępa. 
— Dooobrze — pochwaliłam ją, gdy utrzymywała równy krok i nie próbowała zwalniać, nosząc nisko głowę.
Ronni machnęła ogonem, jakby w odpowiedzi.
Nie chcąc, by klacz mi się znudziła tą zabawą pozwoliłam jej zwolnić do stępa i po dłuższej chwili kazałam się jej zatrzymać. Quarterka dobrze znała to polecenie, dlatego stanęła w miejscu. Podeszłam do niej i znów przypięłam do jej kantara uwiąz.
Przez kolejne kilka minut pracowałyśmy nad przechodzeniem przez obecne na ujeżdżalni przeszkody. Wprawdzie Ronni znała je, ale i tak nie odbyło się bez problemów.
Mostek był dla niej czymś po prostu ciekawym i idąc za mną pokonała go bez problemu. Sądziłam, że i pod siodłem nie miałaby z nim problemów — czasem zdarzało się, że biegała wraz z Sunny po ujeżdżalni zupełnie sama i obydwie wchodziły na kładkę jakby w ramach zabawy. Większym wyzwaniem była jednak bramka. 
Obecnie mieliśmy drewnianą, wyglądającą, jakby ktoś wyciął ją z płotu i choć Ronni mijała podobne przy wyjściu z pastwisk to tym razem ta wydała jej się niezwykle straszna. Otworzyłam ją po raz pierwszy dość nieostrożnie co spowodowało, że kaztanka cofnęła się, spoglądając na nią z przerażeniem.
Westchnęłam. Cóż... spróbujmy inaczej. Nie chcesz przejść? Będziesz biegać.
Odpięłam uwiąz klaczy i przez chwilę przeganiałam ją przez ujeżdżalnie. Nie patyczkowałam się, zmuszając ją do galopu. Po chwili kazałam się jej zatrzymać i ponowiłam próbę. Znów strach i niechęć? To znów powtórka.
Następnym razem Ronni zrozumiała o co chodzi — z resztą, dobrze znała to ćwiczenie i wiedziała, że dopóki nie zrobi tego o co ją proszę będzie poddawana presji, a wyraźnie wolała straszną bramkę, niż bieganie do upadłego.
Przeszła ostrożnie, jednak nie cofała się i grzecznie czekała, aż zamknę za nią bramkę.
Pochwaliłam ją, po czym zaczęłam robić z nią kółka wokół ujeżdżalni w stępie, pozwalając jej się rozluźnić.
Gdy tętno konia się uspokoiło, a mięśnie Ronni były zupełnie rozluźnione zaprowadziłam ją do stajni, by mogła wyschnąć — na jej grubej, zimowej sierści pojawił się pot, a ja nie chciałam dopuścić, by coś stało się kolejnemu mojemu koniu.

TRENING: trening reiningowy wał. Blackberry

Koń: Blackberry
Jeździec: Szymon
Trener: Podkowa
Typ treningu: trening reiningowy
Data, czas i miejsce: 29 czerwca 2015r,9:00-10:00, Rancho Arisha

Szymon postanowił jakiś czas temu, że chce poprawić swoje reiningowe umiejętności, dlatego też dziś, skoro mieliśmy trochę czasu, postanowiliśmy wsadzić go na konia. Będąca w stajni Amelia obiecała, że zrobi porządek w boksach, Szymek zaś przygotowywał Blacka, gdy ja załatwiałam z mamą organizacyjne kwestie dotyczące rancha.
Gdy wyszłam na zewnątrz, mężczyzna akurat prowadził wałacha na arenę, trzymając go za ogłowie. Dołączyłam do niego szybko, po chwili idąc u jego boku.
- Trzeba by się wysłać do Siny na trening - powiedziałam - Z niej jest na prawdę niezły reiningowiec.
- No, możne... niezłe konie mają, to fakt - przytaknął.
- Mhm.
Po chwili znaleźliśmy się na ujeżdżalni, gdzie dałam Szymonowi znać, aby wsiadł na quartera. W czasie, gdy ten prowadził go stępem po kole, ja usiadłam na kładce, przyglądając mu się. Mężczyzna szybko zebrał mocniej wałacha, zmuszają go, aby szedł równym stępem. Black nie miał nic przeciwko, znał Szymka i słuchał się go bez większych problemów.
Kary był prowadzony przez jakieś pięć minut w stępie - początkowo po dużym kole, następnie Szymon zmusił go, do częstych i intensywnych skrętów, które nie sprawiły wałachowi żadnych problemów. Poprosiłam więc, widząc, że koń zaczyna powoli się nudzić, aby para zakłusowała, co stało się już po chwili. Black ruszył ładnym, równym kłusem.
I tym razem Szymon prowadził konia początkowo głównie po prostej, aby później kazać mu często skręcać. Gdy uznałam, że wystarczająco go rozgrzał, poprosiłam, aby kazał koniu cofać ze stój. Mężczyzna zatrzymał więc Blacka, każąc mu cofać o kilka metrów w tył - spokojnie, powoli, bez presji. Kary nie próbował się nawet buntować. To samo stało się z resztą, gdy poprosiłam Szymka o cofanie ze stępa. Elementy reininowe raczej nie sprawiały Blackowi większych problemów. Bardziej musiałam poprawiać jego jeźdźca - dość szybko wstałam z miejsca, krążąc wokół nich i każąc mężczyźnie poprawić go nogę, to rękę, to dosiad. Przy cofaniach z kłusa spędziliśmy najwięcej czasu, ponieważ o ile wierzchowiec dalej zachowywał się nienagannie, o tyle Szmon, czując odrzut, nie utrzymywał wystarczająco równowagi. Zaczęliśmy więc od samych zatrzymań z kłusa, a gdy to jako tako wyglądało, przeszliśmy do cofań.
Gdy mężczyzna jako tako wczuł się w rolę, poprosiłam, aby przez chwilę poprowadził konia w stępie, dając mu odetchnąć, a następnie, w końcu, kazałam mu zagalopować.
Black ruszył bez wahania. Szymon prowadził go na kole wokół mnie, zmuszając konia do równego, spokojnego biegu. Gdy dałam mu sygnał do zatrzymania się ze stępa, zrobił to, a kary zareagował natychmiast, wykonując piękne, równe zatrzymanie, za co został pochwalony.
- Okeeej, chwila w sepie, i znów galop - zarządziłam.
Tak też się stało, Gdy Black znów zagalopował, kazałam Szymonowi cofnąć zaraz po złapaniu rytmu przez konia. Niestety, mężczyzna pomylił sygnały, przez co wałach najpierw zwolnił do kłusa i dopiero później zatrzymał się i cofnął.
- Hej, no spieprzyłeś - skomentowałam - Moment przerwy i dajesz.
Kolejne podejście było udane, jeśli chodzi o Blacka, Szymon jednak nie siedział w siodle tak, jakbym sobie tego życzyła, dlatego też koń znów dostał przerwę (nieco dłuższą tym razem), po czym jego jeździec znów raz cofnął z nim z kłusa - jako, że wyszło mu całkiem nieźle, bez przerwy dla karego, kazałam mu zagalopować i powtórzyć wcześniejsze ćwiczenie.
Tym razem nie było może idealnie, ale zdecydowanie lepiej, niż poprzednio, za co obydwaj dostali pochwałę.
- Rozstępuj go - rzuciłam - A ja idę zobaczyć, co Amelia wyprawia.

TRENING: teren z wał. Blackberry, kl. Tropical Honey, wał. Arrete's Trouble, kl. Sunset Spirit's Gun

Zastęp:

  1. Szymon na kl. Tropical Honey + Sunset Spirit's Gun w ręku
  2. Amelia na wał. Blackberry
  3. Podkowa na wał. Arrete's Trouble

Trener: ---
Typ treningu: teren spacerowy
Data, czas i miejsce: 23 czerwca 2015r, 13:00-15:00, okolice Ramcha Arisha

Amelia przebywała ostatnio u nas całymi dniami. Wtorek jednak nie należał do najładniejszych dni - rano padało, dlatego trudno było cokolwiek trenować. Po południu ujeżdżalnia była cała mokra, dlatego postanowiliśmy wybrać się w spacerowy teren. Uznałam, że najbliższy czas wziąć Arte do lasu pod siodłem - z ręki dawał sobie radę, czasem tylko się wahał, dlatego miałam nadzieję, że tym razem pójdzie bez problemowo. Musieliśmy jednak dobrać pewny zastęp, dlatego wybraliśmy najpewniejszą parę - Tropkę oraz Blacka. Szymek dorzucił jeszcze, że weźmie na uwiąz Sunny, która z racji odważnego charakteru nie powinna sprawiać problemów, dlatego gdy tylko zebraliśmy konie do stajni, mieliśmy aż czwórkę do wyczyszczenia z błota.
Gdy w końcu udało nam się doprowadzić konie do jako takiego staniu, ruszyliśmy. Najgorzej wyglądała Sunny - jasna maść w połączeniu z kochającym życie źrebakiem była nienajlepszy miksem. No, przynajmniej dla tych, co tą sierść muszą potem wyczesywać. Początkowo Smok, kręcący się wokół, chciał ruszyć z nami, jednak moja mama, która wyszła na czas z domu, skutecznie go powstrzymała.
Prowadziliśmy konie stępem. Szymon z Tropką szedł spokojnym stępem i musiał non stop pilnować Sunny, która próbowała go wyprzedzić. Amelia nie miała najmniejszych problemów z Blackiem, zaś Arte wydawał się nieco zdezorientowany tym, że nie idziemy na ujeżdżalnie, ale poza tym zachowywał względny spokój.
Zbliżyliśmy się do lasu. Arte zawahał się, podobnie jak Sunny, jednak konie zachęcone głosem Szymona oraz moją łydką, ruszyły pewniej przed siebie. Zauważyłam, że Black ma całkiem sporo energii i próbuje przyśpieszyć, jednak pewna ręka Amelii oraz źrebak przed nosem uniemożliwiły mu to.
Ponieważ mój koń był spokojny, zaproponowałam kłus, na co Szymon zgodził się i już po chwili wszystkie konie szły w miarę równym chodem. Haflinger uniósł nieco łeb w górę, jakby ze stresu, jednak poza tym dalej zachowywał się dobrze, Tropka zaś z radości próbowała wyrwać się Szymkowi, przy wtórze Sunny, mężczyźnie udało się jednak opanować obydwie panie.
- Ta mała to wariatka.
- Nie widziałaś, co robiła wczoraj na pastwisku, gdy pojechaliście.
- Co? Coś wymyśliła?
- Wyglądała, jakby chciała rozwalić płot, który nagle wydał się ciekawy. A zgadnijcie, co robiła Ronni: stała obok, początkowo ją naśladując, ostatecznie jednak chciała ją jaby odgonić, próbując się z nią bawić. A ta nic, jak zawsze sama zaczyna zabawy, tak tym razem demolowanie ogrodzenia okazało się ciekawsze.
Nie widziałam twarzy Ameli, jednak wyczułam, że się uśmiechnęła.
- Chce na nią wsiąść - oznajmiła.
- Jeszcze trochę sobie poczekasz - mruknął Szymek - Dobra, stępem, stępem, tu może być ślisko.
Gdy zwolniliśmy, głowa Arte natychmiast poszła w dół, za co go pogłaskałam.
Po jakiś dziesięciu minutach w stępie dość wąską, stromą i błotnistą ścieżką wyjechaliśmy w końcu na w miarę szeroki, ubity szlak, dlatego Szymon zarządził przyśpieszenie, najpierw do kłusa, a gdy wszystkie konie były opanowane, do galopu. Sprawiło to znów niezwykłą radość Tropce, tym razem jednak nie wyrwała się na siłę. Black zdawał się być również z tego faktu zadowolony, Sunny, rzecz jasna, musiała próbować się wyrwać - jedynie ja miałam małe problemy z Arte, musząc go prosić o zmianę chodu chwilkę dłużej, w końcu jednak wszyscy galopowaliśmy. Mój haflinger wprawdzie szedł dość nerwowo, rozglądając się wokół, po parunastu sekundach zaczynając się uspokajać, ale nie był niebezpieczny. Słuchał się mnie i wyraźnie nie miał zamiaru uciekać bez pytania się mnie o to.
Galopowaliśmy dość długo i niezbyt szybko, tak, aby nie przemęczyć młodej, ta jednak po przejściu do stępa i odetchnięciu chyba miała ochotę na więcej. Nie mogliśmy jednak na to pozwolić, ponieważ czekał nas bardzo stromy zjazd. Trzymając więc konie na mocniejszym kontakcie, powoli zjeżdżaliśmy w dół. Sunny radziła sobie z tym najgorzej - jej zmysł równowagi nie był jeszcze najlepiej wykształcony, dlatego szła najmniej pewnie. Na drugim miejscu był Arte, zaraz po niej, najmniej w takich wyprawach wprawiony. Pomagałam mu na ile mogłam, a gdy teren znów stał się dość płaski, pochwaliłam go. Ah, warto wspomnieć jeszcze o Amelii na Blacku - o ile quarter sprawdzał się znakomicie, o tyle ta chyba nieco spanikowała, gdy noga konia minimalnie się osunęła, omal nie ciągnąć go za wodze, zareagowałam jednak szybciej i uspokoiłam ją. Gdyby pociągnęła karego mocniej za pysk, koń mógłby stracić równowagę i polecieliby na dół razem z pozostałą trójką, która szła przed nimi.
Reszta terenu minęła w bardzo spokojny sposób. Arte raz odskoczył na dźwięk wypadających z krzaków ptaków, spłoszonych przez obecność koni, jednak szliśmy w stępie, dlatego bez problemu udało mi się go opanować. Amelia nie miała większych problemów, Tropka szła cały czas wręcz radośnie, a po Sunny już pod koniec, po kolejnych dwóch galopach, zdawała się być nieco zmęczona, chociaż dalej ciekawsku rozglądała się wokół.  Musiałam uznać, że był to bardzo udany wypad - nie było gorąco, nie padało, konie sprawdziły się na prawdę dobrze, a chyba nic bardziej nie odpręża niż wspólna wędrówka po górach.
Po dojechaniu do stajni, konie zostały rozsiodlane i wypuszczone znów na pastwisko, my zaś ruszyliśmy coś zjeść.

TRENING: Spacer z wał. Ratonhnhaké:ton i kl. Outlaw Run

Konie: wał. Ratonhnhaké:ton, kl. Outlaw Run
Jeździec: Podkowa
Trener: ---
Typ treningu: spacer w terenie
Data, czas i miejsce: 10 maja 2015r, 9:00-10:40, okolice Rancha Arisha

Pogoda dopisywała, dlatego postanowiłam, że wezmę sobie Doona pod siodło, na jakąś spokojną, samodzielną tułaczkę. Po drodze wpadłam na pomysł, że mogłabym wziąć ze sobą Ronni - swego czasu jeździłam z długie wypady z Tropką przy siodle i byłam ciekawa, czy klaczka również będzie chętna. Wydawała się odważnym źrebakiem, dlatego nie bałam się, że zacznie mi nagle się płoszyć. Odkąd zamieszkała u nas, pokazywała tylko, w ile miejsc potrafi włożyć swój nosek. Mimo to, była zdecydowanie inna niż poprzedni wychowywany przeze mnie źrebak - Tropka była delikatnym konikiem, odważnym, ale bardzo posłusznym, Ronni zaś nie dawała sobie podskoczyć i choć uczyła się szybko, miała charakterek i nie słuchała perfekcyjnie każdego polecenia. Ale cóż.. i tak była urocza i uwielbiana przez każdego, kto wstąpił w nasze progi.
Osiodłałam Doona, po czym przy pomocy Szymka, wyprowadziłam i jego, i Ronni przed stajnię. Gdy wsiadłam na appaloosę, Szymon podał mi uwiąz i ruszyliśmy.
Wałach szedł bez problemu, spokojnie, na luźnej wodzy, podobnie z resztą, jak młoda - idąc obok mnie, z opuszczoną głową i w pełnym rozluźnieniu wyglądała jak typowy quarter. Wjazd do lasu nijak wpłynął na jej zachowanie. Co prawda, rozejrzała się wokół i ruszyła nieco żwawiej, jednak szła na prawdę chętnie i spokojnie.
Gdy ruszyłam kłusem, mała nie miała nic przeciwko, Doon też z resztą nie, niemniej, był wyraźnie bardziej spięty od niej. Co prawda, odkąd do nas przybył zrobił ogromne postępy: raczej się już nie płoszył, nie ponosił, jednak w dalszym ciągu brakowało mu jeszcze tego spokoju ducha. Byłam jednak z niego jak najbardziej zadowolona.
Jeżdżąc, wybierałam w miarę szerokie ścieżki i przejścia, tak, aby nie wystraszyć młodej, tej jednak niewiele przeszkadzało. Doon również z czasem zupełnie się rozluźnił. Pozwoliliśmy sobie nawet na chwilę spokojnego galopu, co chyba sprawiło Ronni sporo radości, a Doon... cóż, Doon chciał więcej, ale nie chciałam przemęczać źrebaka, a gdyby on rozwinął swoją prędkość, na pewno nie potrafiłaby go dogonić.
Chwilę przed wyjazdem z lasu, przeszłam z końmi do stępa i prowadziłam je w tym chodzie aż do terenu stajni, pozwalając ich mięśniom odpocząć po nieraz dość trudnych zjazdach i podjazdach, mimo, że większość wykonywana była w bardzo spokojnym tempie.

TRENING: trening westernowy z wał. Bueno Star

Koń: Bueno Star
Jeździec: Esmeralda
Trener: Podkowa
Typ treningu: trening westernowy
Data, czas i miejsce: 3 maja 2015r, 13:00-14:00, Rancho Arisha

Jako, że Esmeralda była przejazdem w naszej okolicy, wjechała dziś na nasze Rancho wraz z Bueno. Gdy oboje odpoczęli po podróży - ona wraz ze mną w jadalni przy kawie, zaś jej koń wraz z Blackiem na małym pastwisku. Po tym czasie ustaliłyśmy, że zerknę, jak dziewczyna pracuje ze swoim paintem. Bueno podobno bywa spięty, podejrzewałam więc, że nowe miejsce również przyczyni się do wzrostu stresu, ale cóż, własnie o to chodziło, by spróbować nad tym popracować.
Gdy wiec znalazłyśmy się na pastwisku, Esmeralda wzięła Bueno do stajni, zaś ja zaprowadziłam mojego karusa na większy padok, na którym właśnie pasła się reszta naszego stadka. Po powrocie do stajni zastałam Esmeraldę siodłającą właśnie kasztanowatego wałacha - koń stał spokojnie, jednak widać było, że w nowym miejscu czuje się trochę niepewnie. Zaczekałam, aż dziewczyna skończy przygotowywać konia do jazdy, po czym ruszyłyśmy na dużą ujeżdżalnie.
Będąc już na miejscu, Esmeralda wsiadła na Bueno. Poprosiłam ją więc o rozgrzanie Dziewczyna prowadziła najpierw wałacha wokół ujeżdżalni w stępie. Po połowie okrążenia powoli zaczęła go zbierać i wymuszać ruch w dobrym rytmie. Od razu zauważyłam, że Bueno jest rzeczywiście spięty - co prawda, nie na tyle, aby zobaczył to laik, jednak nie zachowywał się tak spokojnie, jak choćby Black podczas pracy.
Gdy Esmeralda wyrównała już krok swojego konia, poprosiłam, aby wyjechała na środek i omijała stojące wszędzie trailowe przeszkody - na ziemi leżała masa drągów, a bramka została wyniesiona już wcześniej na środek, Cóż, Szymek nie posprzątał... ale nam to jak najbardziej odpowiadało - wałach musiał się trochę powyginać, aby między nimi manewrować.
Uznałam, że Bueno jest już w miarę rozgrzany w stępie, dlatego poprosiłam Esmeraldę o zakłusowanie i tak też się stało - początkowo dziewczyna prowadziła wałacha po ścianie ujeżdżalni, po czym nakazałam jej powtórzyć te same manewry między przeszkodami, które wykonywała w stępie. Bueno nie miał problemu nawet z ostrymi skrętami, był dobrze wyszkolonym koniem, jednak wyraźnie mu się to nie do końca podobało. Esmeralda musiała nie raz stosunkowo długo prosić konia o wykonanie mocniejszego skrętu, przez co raz przy bramce ledwo wyrobili się na zakręcie.
- Dobra, przejdź do stępa, niech trochę odetchnie - zarządziłam w końcu - I spróbujemy zrobić coś konkretnego.
Dziewczyna kiwnęła głową i posłuchała mnie. Prowadziła Bueno w stępie, w czasie, gdy ja wymyślałam, co można by tu z nim zrobić. Poleciłam jej więc wjechać na mostek, obok którego akurat przejeżdżała, co koniu nie sprawiło najmniejszego problemu, po czym dałam jej znać, aby wykonała z Bueno cofanie.
Koń automatycznie spiął się nieco bardziej, gdy dziewczyna wymagała od niego czegoś więcej, jednak wyraźnie widać było, że się znają - wystarczyło trochę cierpliwości i delikatności ze strony Esmeraldy, by koń wykonał polecenie.
- No, to teraz to samo, ale między drągami - powiedziałam, wskazując gestem na dwa drągi podniesione nieco do góry, przygotowane do cofania po prostej.
Bueno po chwili wjechał więc między nie. Esmeralda dała koniu zapoznać się z przeszkodą, po czym poprosiła go o cofanie. Nie sprawiło to koniu większego problemu, a ja zauważyłam, że chyba kasztanek zachowuje się nieco swobodniej, niż na początku treningu.
Następnie powtórzyliśmy to samo z kłusa - tym razem wałach był zdecydowanie bardziej spięty, jednak wykonał polecenie. Nakazałam więc Esmeraldzie dać mu chwilę w stępie, po czym postanowiłam, że zobaczę, jak wychodzą im chody boczne.
Przy tym ćwiczeniu od razu zauważyłam, że koń problemu nie ma, natomiast Esmeralda, jeżdżąca jednak sporo w klasyce, i owszem, ma, przerzucając angielskie nawyki na westernowy trening. Poprawiłam ją wiec podczas pierwszego podejścia, po czym wykonałyśmy kilka powtórzeń w stępie, robiąc koniu przerwy, tak, aby się nie znudził. Ostatecznie, dziewczyna chyba jako tako poprawiła swoje błędy, wiedziałam jednak,  że będzie musiała nad tym popracować u siebie.
- No, to teraz spróbujcie side passów nad drągami - poleciłam.
Obserwując ich, cały czas poprawiałam błędy Esmeraldy, jeśli akurat takie zauważyłam. Do techniki Bueno jednak na prawdę nie miałam jak się przyczepić, bo koń wyraźnie element umiał, i to bardzo dobrze, a wszelkie zawahania wynikały albo z jego spięcia, albo z nieco niejasnych sygnałów.
- Dacie radę przejechać bramkę? - spytałam - Tak na koniec treningu?
- Hmm... jasne, możemy spróbować.
Spróbowali i choć wyszło im to nieco zbyt wolno, to jednak Bueno znał wszystkie elementy potrzebne do wykonania tego ćwiczenia i po dłuższej chwili para znalazła się po drugiej stronie bramki.
- Dobra, rozstępuj go - rzuciłam.
Co prawda trening był czysto techniczny, stawiający na poprawienie jakiś błędów, a nie kondycyjny, jednak miałam nadzieję, że oboje coś z tego wyniosą. Zaczekałam wiec, aż Esmeralda skończy pracę z Bueno, po czym ruszyłam wraz z nimi do stajni.

TRENING: teren z og. Aaron, wał. Arrete's Trobule, kl. Tropical Honey i wał. Blackberry

Udział biorą:

  1. Szymon na kl. Tropical Honey
  2. Podkowa na og. Aaron + na linie wał. Arrete's Trouble
  3. Amelia na wał. Blackberry

Typ treningu: teren
Data, czas i miejsce: 25 kwietnia 2015r, 13:00-14:30, okolice Rancha Arisha

Dziś, po raz pierwszy od czasu pobytu na Rancho, Arte miał pojechać z nami w teren. Do tej pory chodził tylko prowadzony w ręku, w stepie, dlatego ciekawiło nas, jak poradzi sobie na linie, nie idąc tylko w jednym chodzie. Na rancho była dziś Amelia, dlatego postanowiliśmy, że weźmiemy trzy nasze najpewniejsze konie - Szymon miał siedzieć na Tropce, jako, że świetnie się z nią dogadywał, później miałam jechać ja na Aaronie, trzymając na linie Arte: chłopaki lubili się, dlatego miałam nadzieję, że towarzystwo jego padokowego kolegi doda mu pewności siebie, a na końcu miała jechać Amelia na Blacku.
Aaron nie był jeszcze u nas w terenie, jednak spokój, jaki bił z tego konia sprawiał, że nie czułam, abym cokolwiek ryzykowała, biorąc go na przejażdżkę, szczególnie, że nie mieliśmy zamiaru szaleć.
Po przygotowaniu koni, wyprowadziliśmy je z boksów i wskoczyliśmy w siodła.
- Dobra, Amelia, gdzie chcesz jechać? - spytał Szymek, spoglądając kątem oka na dziewczynę.
- Gdziekolwiek. Black, ej, nie idź. Grzecznie.
Uśmiechnęłam się.
- Ostatnio coś ciągnie do przodu. Trzymaj go, Ama.
- Mhm. Smok w domu?
- Jasne. Jeszcze by Arte przeraził... albo sam sie zgubił, gdyby ten coś odpierdzielił.
- Dobra, dziewczyny, jedziemy - powiedział Szymek, każąc Tropce iść stepem.
- Oczywiście - poprowadziłam Aarona za gniadoszką. Ogier nie miał nic przeciwko. Arte przy tym jakby się zawahał, jednak w końcu również ruszył, drepcąc obok srokacza.
- Oho, chyba wąskie ścieżki odpadają? - spytała Amelia, jadąca już za nami i wyraźnie widząca, że haflinger trzyma się boku Blacka i chyba mu to miejsce jak najbardziej odpowiada.
- Bezpieczniej - przytaknęłam.
Jeszcze przed lasem Szymek zarządził kilka kroków w powolnym kłusie, tak, aby obudzić nieco konie - co prawda Tropka i Black szli chętnie, jednak czułam, że Aaronowi brakuje energii. Arte zaś zachowywał się, można by rzec, zupełnie neutralnie. Przyśpieszył, bo mu kazali, jednak nie wykazywał też większego entuzjazmu, czy niechęci.
Przed lasem znów zwolniliśmy, wjeżdżając do niego w stępie. Aaron już jakby nieco odżył, z ciekawością rozglądając się wokół. Tropka zaś i Black, doskonale znający to miejsce, zdawali sobie nic z tego nie zrobić.
Arte jak na razie dalej zachowywał się neutralnie, szedł jednak w dalszym ciągu obok Aarona, nie chcąc przejść do tyłu, mimo, że linę miał na tyle długą. Amelia za mną chyba musiała trochę powalczyć z Blackiem, który jednak wolał kłusować, bo miał w sobie całkiem sporo energii, a Szymon na Tropce chyba zastanawiał się nad dokładną trasą.
- Doba, może kółko? Nie skręcajmy z głównego szlaku i wyjedźmy po drugiej stronie rancha?
- Niech będzie - przytaknęłam.
Główne szlaki miały do siebie to, że dało się na nich jechać zwykle we wszystkich trzech chodach, a przez szerokość, nie sprawiały wrażenia klaustrofobicznych, dlatego to był chyba najbezpieczniejszy wybór.
Jechaliśmy więc dość spokojnie. Gdy wjechaliśmy nieco głębiej w las, haflinger nieco się zestresował, jednak udało mi się go uspokoić: spokojny głos i obecność innych koni może zdziałać czasem cuda.
Kolejny kłus nie przyniósł niczego nowego. Konie szły w miarę równo, jedynie ja musiałam pchać Aarona, bo ten, chociaż zaciekawiony wszystkim wokół, nie miał wcale nastroju na szybsze chodzenie. Nie było jednak źle. Gdy doszło do galopu, ogier robił wszystko, by nie biec, przez co przez chwilę jechałam na bardzo mocno wyciągniętym kłusie (z galopującym haflingerem obok), jednak w końcu udało mi się go przekonać do przyśpieszenia. Odetchnęłam z ulgą - chociaż Aaron był wygodny, to jednak przy wyciągniętym chodzie nawet przy nim trochę mną trzęsło.
Gdy przeszliśmy do stępa, nagle zza krzaków wyleciało parę ptaków, na co Arte zatrzymał się, napinając linę i przy tym denerwując Aarona, który niespodziewanie został przeze mnie zatrzymany, jednak po paru chwilach postoju wałach doszedł do siebie i ruszyliśmy dalej.
Pozostała część trasy minęła nam spokojnie. Nie galopowaliśmy więcej, prowadząc konie głównie w kłusie i pilnując ich rytmu. Pogoda dopisywała, a nasze okolice są przepiękne, dlatego nie mieliśmy ochoty się spieszyć i gonić, skoro mieliśmy tak ograniczoną trasę.
Po półtorej godziny byliśmy pod stajnią. Teren nie był wymagający, ale i tak konie nieco się spociły. Zaprowadziliśmy je więc do stajni, rozsiodłaliśmy i po wytarciu, zostawiliśmy, aby wyschły. 

TRENING: trening trailowy z wał. Arrete's Trouble i og. Aaronem

Udział biorą:

  1. Podkowa na og. Aaron
  2. Szymon na wał. Arrete's Trouble

Typ treningu: trening trailowy
Data, czas i miejsce: 7 kwietnia 2015, 10:00-11:00, Rancho Arisha

Rześkie powietrze aż zachęcało do pracy, dlatego wzięliśmy razem z Szymkiem Aarona i Arte z pastwiska, postanawiając, że poćwiczymy z nimi trochę. Tinker miał sporą przerwę od treningów, dlatego nieco przytył i ostatnio nawet przeszedł na dietę, dlatego musiałam w końcu go ruszyć. Musiałam jednak przyznać, że choć był piękny, przeszkadzał mi fakt, że jest ogierem... szkoda było mi go kastrować, a jednak... coś nie pasowało mi do końca w tym wymarzonym koniu... Wolałam jednak odpychać od siebie tą myśl. 
Siodłanie poszło nam dość szybko i sprawnie, chłopcy nie byli brudni, i już po chwili byliśmy na ujeżdżalni. Zostawiliśmy konie przywiązane do płotu, ustawiając przeszkody: w trzech miejscach znalazły się drągi, oczywiście - z boku została postawiona bramka, dodatkowo ustawiliśmy jeden szereg drągów na kłus na podwyższeniu (20cm). Przygotowaliśmy też dwa miejsce na cofanie - jedno, po prostej, drugie po literze L.
Gdy wszystko było gotowe, wsiedliśmy na konie i zaczęliśmy rozgrzewkę w zastępie. Prowadziłam ja na Aaronie, Szymon prowadził za mną Arte. Po paru minutach pogoniłam Aarona do kłusa. Ogier ruszył dość leniwie i opornie, jednak - ruszył, nie buntując się. Po kilku chwilach w leniwym chodzie, pogoniłam go, tak, aby nieco bardziej wyciągnął krok. Tym razem musiałam go dość długo zachęcać, jednak ostatecznie posłuchał. Arte nie miał najmniejszych problemów, świetnie reagując na każdy sygnał, czy to Szymona, czy to mój w postaci przyśpieszenia konia czołowego.
Po chwili rozdzieliliśmy się, prowadząc konie wokół przeszkód. Zauważyłam, że Aaron ma spore problemy z ostrymi zakrętami. Gubił przy tym rytm, mimo, że był strasznie wygodnym koniem, dodatkowo, próbował się przy tym buntować. Uh, trzeba będzie popracować nad jego zwinnością... i tuszą. Arte, który był w bezustannym treningu, nie robił najmniejszych problemów.
W końcu wjechaliśmy na ściankę ujeżdżalni. Tym razem to Arte szedł pierwszy. Gdy konie szły równo, jeden za drugim, Szymek kazał haflingerowi zagalopować, co koń wykonał bez problemu. Aaron jednak tylko wyciągnął kłusa, dlatego chwilę zajęło mi zachęcenie go do przyśpieszenia. Ostatecznie jednak, zagalopował.
Po dwóch okrążeniach w galopie, przeszliśmy do stępa, dając koniom chwilę na odsapnięcie, po czym oboje ruszyliśmy na przeszkody. Szymon pierwsze co ruszył na drągi na kłus, ja zaś poprowadziłam Aarona również na drągi, jednak w stępie. Ogier chyba nie miał dziś większej ochoty na pracę, ponieważ pokonał je niezwykle leniwie, mimo moich prób wykrzesania z niego energii. Westchnęłam. Arte chodził świetnie, a temu zebrało się na bunty! No ale, coś trzeba było zrobić. W czasie, gdy Szymon próbował z haflingerem przejechać przez bramkę, ja pogoniłam Aarona, naprowadzając do w kłusie na kolejne drągi, aby zaraz potem, w tym samym chodzie, poprowadzić go na te delikatnie podniesione, mając nadzieję, że wyższe podnoszenie nóg nieco go pobudzi. Pierwszą przeszkodę znów wykonał od niechcenia stukając kopytami w drewno, i, tak jak myślałam, kolejna sprawiła, że chyba zaczął myśleć - podnoszenie nóg wyżej sprawiło, że przeszedł przez drągi bez problemu. Pochwaliłam go za to, jednak gdy tylko przeszliśmy do stępa, energia znów opuściła Aarona.
W tym czasie, Szymon po raz drugi przejeżdżał przez drągi, prowadząc Arte na cofanie po prostej. Haflinger zdawał się być w świetnym, bardzo energicznym nastroju i gdy jeździec kazał mu cofnąć, nawet nie próbował się buntować i wykonał polecenie bardzo szybko i poprawnie. Uśmiechnęłam się, widząc to. Przynajmniej im układa się współpraca.
Poprowadziłam przez chwilę Aarona kłusem wokół przeszkód, po czym postanowiłam jeszcze raz najechać w kłusie na drągi. Tym razem tinker podnosił nogi nieco wyżej i sprawniej, jednak... dalej czułam, że nie ma ochoty, by cokolwiek robić. Eh, nie mogę przecież mu odpuścić. Potrzebował ćwiczeń. Wjechałam więc na środek ujeżdżalni i poprosiłam go o cofanie. Ćwiczenie wykonał, jednak bez najmniejszego zaangażowania... wprowadziłam go więc między drągi, tam prosząc go o cofnięcie.Brak efektu. Poprawne cofanie, choć powolne. I zupełnie bez energii, od niechcenia. Hmf... A Arte już niemal radośnie pokonywał podniesione na wysokość drągi! No... czy ten koń musi mieć taki zły nastrój?
Przez kolejne naście minut nic się nie zmieniło - Aaron wykonywał moje polecenia w miarę poprawnie, jednak od niechcenia, Arte zaś, gdyby dziś startował w zawodach, niewątpliwie by wygrał. Szymon był niezwykle zadowolony ze współpracy z haflingerem i uznał, że na następnych zawodach, to on na nim będzie siedział. Ostatecznie więc, on przeszczęśliwy, ja zrezygnowana, rozstępowaliśmy konie i zaprowadziliśmy je do stajni.

TRENING: trening trailowy wał. Arrete's Trouble

Koń: Arrete's Trouble
Jeździec: ---
Trener: Podkowa
Typ treningu: trening trailowy
Data, czas i miejsce: 4 kwietnia 2015, 14:00-15:00, Rancho Arisha

Święta, nie święta, konie chodzić musza, jeśli chcemy z nimi startować z sukcesami. Wzięłam więc Arte z pastwiska, zostawiając Aarona samego i przywiązałam go przed stajnią. Kuc stał spokojnie, strzygąc uszami. Na ujeżdżalni już czekały przygotowane na nas trailiowe elementy, dlatego szybko zabrałam się do czyszczenia kasztanka. Był trochę ubłocony, jednak w miarę szybko udało mi się tym uporać. W końcu osiodłałam go, założyłam mu ogłowie i zaczęłam prowadzić w stronę ujeżdżalni.
Na ujeżdżalni wsiadłam w siodło. Usadowiłam się wygodnie, wyciszyłam komórkę, tak, aby mi nie przeszkadzała, dając tym samym Arte trochę czasu na ogarnięcie wzrokiem ujeżdżalni, po czym poprosiłam, by ruszył w stępie. 
Arte dreptał wokół ujeżdżalni, a ja myślałam nad tym, co możemy poćwiczyć. Ostatecznie uznałam, że możemy pobawić się w chody boczne i zatrzymania między drągami ze stępa, jak i kłusa i zadowolona z pomysłu, popędziłam wałacha, aby trochę na początek się rozruszał. 
Po chwili kłusa po ścianie, poprosiłam Arte by wjechał do środka ujeżdżalni, gdzie manewrowaliśmy między przeszkodami. Po jakimś czasie zwolniłam, naprowadzając go w stępie na drągi. Arte nie miał z nimi problemów, ale gdy znów poprosiłam go o przyśpieszenie, zawahał się. Powtórzyłam więc komendę i wałach ruszył spokojnym kłusem. W tymże chodzie pokonaliśmy kolejne cztery drągi, Arte jednak raz stuknął kopytem w drewno, jednak była to zupełnie moja wina - za mocno go przytrzymałam.
W końcu wyjechaliśmy znów na ścianę i poprosiłam wałacha o chwilę galopu, ot tak, dla rozgrzewki. Konik nie miał nic przeciwko. Ruszył powoli, bardzo delikatnie, jak na konia do pleasure przystało, za co został przeze mnie pochwalony. 
Po okrążeniu poprosiłam Arte o kłus, a potem o stęp i dałam mu chwilę na ustabilizowanie tętna. Gdy widziałam, że wałach jest już zupełnie spokojny, naprowadziłam go na drąg, nad którym dałam mu sygnał do chodu bocznego. Nie śpieszyłam się, działałam bardzo delikatnie - więc i Arte, jak na siebie, był bardzo spokojny i rozluźniony. Wykonał grzecznie moje polecenie, przy okazji jednak jakby pytając się mnie, czy właśnie o to mi chodzi?  Gdy wykonał ćwiczenie, pochwaliłam go i kazałam pójść do przodu. Po tym naprowadziłam go na szereg drągów zakończonych kwadratem. Arte pokonał je bez problemu, zaś kwadracie kazałam mu się zatrzymać. Wałach lekko się zawahał, jednak udało mu się zatrzymać, nie wychodząc zza drągi. Dałam mu chwilę na przemyślenie, po czym poprosiłam o obrót o 90* i wyjście z przeszkody. Aby nie było aby nudno, przejechaliśmy po jak zawsze, stojącej z boku kładce. Pogoniłam go do kłusa, prowadząc haflingera w stronę drągu przygotowanego na chód boczny. Metr od niego przeszliśmy do stępa. Ustawiłam konika tak, jak poprzednio i znów poprosiłam go o powtórkę. Tym razem wykonał ćwiczenie bez próby pytania się mnie o co chodzi. 
Poprosiłam Arte o ruszenie kłusem i wykonałam dość spore koło, omijając przy tym przeszkody, po czym znów naprowadziłam go na ciąg drągów zakończonych kwadratem nie zmieniając chodu. Tym razem przy kwadracie wałach miał nieco większy problem, zbyt późno reagując na mój sygnał. Poprosiłam go więc o cofnięcie się o krok i dopiero później pochwaliłam. 
Powtórzyłam ćwiczenie, znów najpierw robiąc koło w kłusie, tak, aby Arte miał czas na złapanie rytmu. Tym razem jednak to ja zniszczyłam, za późno dając mu sygnał do zatrzymania się. Zrobiłam więc chwilę przerwy prowadząc go w stępie i uznając, że do trzech razy sztuka, znów kazałam wałachowi wjechać kłusem na drągi.
Za trzecim razem z końcu nam wyszło, Arte został więc solidnie pochwalony i dostał kilka minut w stępie, by mógł sobie to przemyśleć. 
Uznałam, że nie ma co próbować więcej drągów, szczególnie, że zapewne koń zaraz się znudzi, dlatego poprosiłam go jeszcze o chwilę galopu i po okrążeniu zaczęłam przez piętnaście minut prowadzić go w stępie.
W końcu zsiadłam z konia, prowadząc go do stajni. Będąc pod nią, szybko ściągnęłam mu z grzbietu siodło, zmieniłam ogłowie na kantar i zostawiając wszystko pod stajnią, ruszyłam z nim na pastwisko. 

TRENING: praca z ziemi z kl. Efrafa

Koń: Efrafa
Jeździec: ---
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 2 kwietnia 2015, 12:00-12:50, Rancho Arisha

Śnieg.. śnieg w kwietniu... znów.  Cóż, co zrobić. Niestety, o poważnym treningu mogłam sobie pomarzyć, mimo, że planowałam wsiąść na Aarona i poprosić Szymka, by nas poobserwował... no ale co zrobić? Postanowiłam więc wziąć Efrafę na rodundpen i trochę sobie z nią popracować. Przygotowałam więc wcześniej na nim kilka zabawek, po czym poszłam na klacz na pastwisko. Konie stały na nim, mimo złej pogody, wszystkie jednak miały na grzbietach derki, aby przypadkiem się nie pochorowały, szczególnie, że gubiły już zimową sierść. Po szybkim złapaniu Efrafy ze Smokiem przy nodze (który, nawiasem mówiąc, nie miał nic przeciwko śniegowi i zawiei - chodził bezustannie w koło, machając ogonem, nic nie robiąc sobie z kul śniegu wokół nóg), ruszyłyśmy prosto na roundpen. Przed nim kazałam Smokowi zostać na zewnątrz i wprowadziłam klacz do środka. Miała całą mokrą grzywę i ogon, a po szybkim ściągnięciu derki okazało się, że i ona lekko przemokła. Odrzuciłam ją więc, zmieniłam uwiąz na długą linę i zaczęłyśmy pracę.
Na początek poprosiłam Efrafę o okrążenie mnie w stępie, w tym czasie zastanawiając się, od czego mogę zacząć. Miałam przygotowane drągi, dwa rodzaje folii, dużą piłkę, parasolkę i niską przeszkodę, która stała z boku. Postanowiłam więc przeprowadzić klacz na początek przez stojące na boku dragi.
Poprosiłam ją o minięcie ich w stępie, co nie sprawiło klaczy najmniejszych problemów. Powtórzyłam jednak ćwiczenie, tak dla pewności, po czym poprosiłam ją o przejście do kłusa. Kazałam jej przez chwilę iść na kole wokół mnie, pilnując, aby nie próbowała za bardzo zbliżać się do mnie, po czym naprowadziłam ją po raz kolejny na drągi. Znów przeszła, będąc zupełnie rozluźniona. Głowa klaczy była opuszczona w dół, zauważyłam, że jej grzywka zaczęła powoli schnąć. Powtórzyłam ćwiczenie i zaczęłam stopniowo ją zatrzymywać.
Gdy Efrafa stanęła, podeszłam do niej i pogłaskałam ją, podczas czego ta podniosła łeb.
- No, spokojnie mała. Co teraz chcesz robić?
Prowadząc ją na linie, podeszłam do pierwszej folii - była niebieska i dość mocno szeleściła. Gdy dotknęłam jej, klacz cofnęła się o krok, jednak już po chwili spoglądała na nią z błyszczącymi oczkami.
Widząc, że Efrafa nie boi się jej jakoś specjalnie, podniosłam ją i zbliżyłam się z nią do klaczy. Ta zrobiła krok w jej stronę, obwąchała ją i zaczęła skubać chrapami.
Zadowolona, zaczekałam, aż hucułka sprawdzi dokładnie przedmiot. Gdy straciła zainteresowanie nim, wciąż trzymając linę, zaczęłam delikatnie dotykać folią Efrafę. Ta nie miała zupełnie nic przeciwko. Ostatecznie, folia okryła jej grzbiet, a kobyłka stała zupełnie rozluźniona, z opuszczonym łbem.
Ściągnęłam folie, kładąc ją na ziemi kawałek dalej i poprosiłam klacz o wejście na nią. Efrafa początkowo się wahała, jednak gdy zobaczyła, że sama na nią wchodzę, posłusznie podążyła za mną. Gdy wszystkie nogi hucułki znalazły się na folii, pogłaskałam ją i pozwoliłam jej obwąchać dziwne podłoże, po czym sprowadziłam ją, odkładając przedmiot na bok.
Dla rozluźnienia i pochwały, przeprowadziłam Efrafe przez drągi w stepie i kłusie, po czym postanowiłam zobaczyć, jak pójdzie nam z drugą, przezroczystą folią.
Tu było nieco gorzej. Efrafa początkowo nie wiedziała co to i cofała się, jednak ostatecznie udało mi się przekonać ją do podejścia. Obwąchała folie i znów zaczęła ją skubać, cały czas będąc nieco zestresowaną. Pozwoliłam jej dość długo oglądać szeleszczący przedmiot, aż w końcu klacz zdawała się zupełnie do niego przekonać. Nie okrywałam ją jednak nim, nie chcąc przesadzić. Położyłam go jedynie na ziemi, pozwalając Efrafie sprawdzić folie kopytem, a gdy straciła zainteresowanie, poprowadziłam ją wokół mnie w stępie.
Nie chcąc bardziej męczyć i stresować klaczy, poprosiłam ją tylko o przejście do kłusa i naprowadziłam ją na stojącą obok, niewysoką przeszkodę, którą kobyłka bez problemu przeskoczyła. Naprowadziłam ją po tym na drągi, nie pozwalając jej zwalniać, po czym znów poprosiłam o skok. Efrafa nie miała nic przeciwko. Pochwaliłam ją wiec za to i przez chwilę oprowadzałam klacz w stępie, po czym zatrzymałam, pogłaskałam i zaczęłam prowadzić do stajni, chcąc, aby zupełnie wyschła.

TRENING: Spacer z Tropical Honey, Arrete's Trouble i Smokey'm

Konie: Tropical Honey, Arrete's Trouble
Psy: SMOKEY Black Dream
Jeździec: Szymon (Tropical Honey)
Prowadzący w ręku: Podkowa (Arrete's Trouble)
Typ treningu: spacer
Data, czas i miejsce: 24  marca 2015r, 13:00-14:00, okolice Rancha Arisha

Pogoda na prawdę dopisywała. Było pięknie! Siedzieliśmy z Szymonem pod stajnią na kostce siana pozwalając sobie na chwilę zadumy: konie były aktualnie na padoku, stajnie była posprzątana, boksy przygotowane, dlatego mogliśmy po prostu przez moment nic nie robić.
Smokey, który na Rancho zdążył się na dobre zadomowić, krążył wokół nas z nosem przy ziemi. W pewnym momencie zauważył żabę, na którą zaczął szczekać i próbować się z nią bawić.
- Smoku, nie męcz jej - rzuciłam, wykonując ręką ruch, który sprawił, że psiak zaraz był obok mnie, łasząc się niczym kot, machając ogonem i przy tym wszystkim próbując lizać moją rękę. Podrapałam go za uchem. Ozzik przymknął na chwilę oczy,  wyraźnie informując, że jest to dla niego coś przyjemnego.
- Nie boisz się, że ucieknie? - spytał Szymek.
- Eh.... jak widzisz, nie ma na to ochoty. Z reszta, gdzie tu by miał uciec?
- Gdyby poszedł za sarną...
- Pieprzysz... eh, weźmy może Arte do lasu... powinien się przyzwyczajać... tak, by kiedyś mógł z nami w tereny chodzić...
- Mmm... dobra... może wezmę przy okazji Tropkę pod siodło?
- A możesz. To ja z ziemi, ty na Tropce.
- Pewnie Smokey będzie się za nami włóczył?
- No, a jak. Co pies, idziesz z nami?
Zwierz na dźwięk mojego głosu zamerdał ogonem. Już wczoraj, gdy jechaliśmy razem w teren szedł za nami, mimo, że moja mama próbowała go powstrzymać i trzymał się blisko nas, mając przy okazji sporą radochę - sądziłam więc, że i tym razem pójdzie za nami, szczególnie, że ostatnio nie spuszczał mnie z oczu, a na każde zawołanie grzecznie przychodził.
Wzdychając, wstałam.
- Oby tylko nie wystraszył Artka...
- Oj, co robisz taką minę... i tak jest z nim lepiej.
- No jest, jest...

Dziesięć minut później Szymek kończył siodłać Tropkę przed stajnią. Ja stałam z Arte, obok którego siedział i akurat drapał się Smok. Nasz stajenny Strażnik Kuców, jak przezywał go Szymon, nic sobie ze swojej zaszczytnej funkcji nie robił, zachowując się jak każdy zwykły pies: już moment później wyjmował pysk spod nogi, rzucając mi swoje wiecznie zadowolone spojrzenie.
- Gotowy?
- Mhm.
- No, to idziemy.
Arte na uwiązie szedł grzecznie obok mnie, zaś Szymon na Tropce trzymał się kawałek dalej. Spokojna klacz radośnie strzygła uszami, czasem rozglądając się na boki. Smokey, jak przypuszczałam wcześniej, ruszył z nami, natychmiast biegnąc do przodu i gdy tylko znaleźliśmy się między pastwiskami, od razu wbiegł na to, na którym aktualnie stał Black, Doon i Efrafa. Konie przywykły już do obecności psiaka i nie zwróciły na niego najmniejszej uwagi, szczególnie, że pasły się spory kawałek dalej, jednak on i tak szczeknął ze dwa razy, jakby chcąc zwrócić na siebie ich uwagę.
Arte, początkowo, gdy zobaczył Smoka nieźle się wystraszył, aktualnie jednak i na nim ozzik nie robił najmniejszego wrażenia. Jedynie Tropka podniosła łeb, parskając i spoglądając na moment w jego stronę swoimi bystrymi oczkami.
Powoli zbliżaliśmy się do lasu i zauważyłam, że wzbudziło to w Arte niepokój. Wałach wyraźnie zwolnił i zamiast iść spokojnie, z opuszczoną głową, spiął się, spoglądając nieufanie w stronę lasu.
- Szymek, pójdź z Tropką pierwszy - powiedziałam, w tym czasie zerkając tylko kątem oka na Smoka, który akurat usiadł na trawie kawałek dalej.
- Okeeej.
Zaczekałam, aż mężczyzna mnie wyminie, po czym również ruszyłam. Widząc koleżankę przed sobą, Arte poczuł się jakby pewniej, jednak i tak tuż pod lasem na moment się zatrzymał.
- No, młody, spokojnie. Tropce nic się nie dzieje, tobie też nic się nie stanie. No, chłopie, chodź - mówiłam do wałacha, próbując zachęcić go do pójścia dalej.
Haflinger chyba przemyślał sprawę, bo już po chwili zrobił krok do przodu, idąc wprawdzie niepewnie, ale jednak - idąc. W tym samym czasie Tropka szła spokojnym stępem, zupełnie rozluźniona, a Smokey szedł po drugiej stronie ścieżki: własnie znalazł ogromny patyk, który dźwigał z wyraźną dumą. Pokręciłam głową.
Szliśmy w milczeniu przez dłuższą chwilę. Arte z każdym swoim krokiem stawał się swobodniejszy, szedł chętniej, chociaż ciągle niepewnie spoglądał w las. Próbowałam go jednak uspokoić jak mogłam, choć otoczenie niekoniecznie mi pomagało: w szczególności, rzecz jasna, nie pomagał się kręcący wokół pies, który raz plątał się pod nogami, jakby ledwo idąc, aby po chwili wystrzelić do przodu, szukając jakiegoś nader ciekawego tropu, po którym musi pobiec, aby go zbadać.
- Jak tam? - po jakimś czasie spytał Szymon.
- Nie jest źle, uciekać nie próbuje - wzruszyłam ramionami i pogłaskałam Arte po głowie.
- Mhm... no, może przywyknie szybciej, niż myślimy.
- I tak długo będzie niepewny w terenie. Co, nie podoba ci się, że rozmawiamy? Arte, no, już, idziemy.
Spacerowaliśmy dłuższą chwilę, napawając się ładną pogodą. Nie mówiliśmy zbyt dużo, raczej milcząc, chociaż wymieniliśmy kilka pojedynczych informacji. Tropka, jak na nią przystało, zachowywała się nienagannie, Arte raz delikatnie się spłoszył, gdy zaskoczyły go ptaki wylatujące z krzaku, który został moment wcześniej obszczekany przez Smoka, jednak poza tym nie było z nim źle.
Gdy wracaliśmy, droga zdawała nam się minąć zdecydowanie szybciej, niż w poprzednią stronę, nad czym trochę ubolewałam, a gdy spojrzałam na zegarek, odkryłam, że nie minęła jeszcze nawet pełna godzina... uh, czas zwykle leci szybko, gdy jest miło... czyżby dziś wyjątkowo postanowił się dłużyć? I dobrze... albo nie?
- Idę z nim na pastwisko od razu - powiedziałam.
Szymon przytaknął, jadąc pod budynek, ja zaś i z Arte, z towarzyszącym mi Smokiem ruszyłam prosto w stronę padoku na którym właśnie pasł się nasz tinker.

TRENING: trening rekreacyjny z wał. Ratonhnhaké:ton

Koń: Aaron
Jeździec: Karolina
Trener: Podkowa
Typ treningu: trening rekreacyjny
Data, czas i miejsce: 22 marca 2015r, 11:00-12:00, Rancho Arisha

Ameli w ten weekend nie było na rancho, jednak po kilku miesiącach odezwała się do nas Karolina - dziewczyna, która bodajże w listopadzie była u nas na jednej jeździe. Wsadziłam ją chyba na Blacka... tak, dobrze pamiętam. Mówiła, że myślała o nas często, jednak nie miała ani czasu, ani pieniędzy na jazdę, jednak chciała dziś chociaż na chwilę znów wziąć w siodło. Umówiłam się więc z nią na dziś na jazdę i akurat, gdy podjechała samochodem pod stajnie, ja prowadziłam Doona z pastwiska.
- Hej, hej, jak tam?
- No... całkiem w porządku. Cześć. Ten koń... Doon, prawda? Jeśli się nie mylę?
- Tak, Doon, właśnie ci go sprowadzam z pastwiska. Black chwilowo ma małą przerwę w treningach, dlatego... no, zobaczymy, jak sobie z nim poradzisz. Amelia go uwielbia, więc...
- Ciekawą ma maść.
- Mhm. To appaloosa, indiańska rasa, wszystkie są tarantowate, jak on.
- Coś... chyba słyszałam.
Uśmiechnęłam się. Wprowadziłyśmy razem Doona do stajni i już po chwili obserwowałam, jak Karolina radzi sobie z ogarnianiem wałacha. Appaloosa kilkukrotnie próbował coś wymodzić, jednak widząc mnie obok, szybko rezygnował. Przy siodłaniu pomogłam Karolinie, która niewiele pamiętała z ostatnich lekcji i poprosiłam ją, aby sama zaprowadziła Doona na małą ujeżdżalnię.
Gdy już znalazłyśmy się na placu, poprosiłam dziewczynę o wejście na konia. Poszło jej to niezbyt sprawnie, szczególnie, że Doon wcale taki niski nie był, jednak ostatecznie wgramoliła się na siodło. Widziałam, że appaloosa był trochę podirytowanym takim traktowaniem, jednak miałam nadzieję, że szybko mu przejdzie.
- No, to pamiętasz, jak się skręca, rusza i zatrzymuje?
- Hmm... chyba...
- No, to pokazuj.
Karolina szturchnęła boki konia piętami i minimalnie przesunęła wodze w przód, zapominając całkowicie o tym, aby i ciężar ciała przenieść w inne miejsce, co sprawiło, że Doon najzwyczajniej w świecie nie zwrócił uwagi na jej ruch.
- Nie kop go, a przyłóż nogi - poleciłam - I przechyl się do przodu, gdy będziesz mu oddawać wodze. No, dalej.
Tym razem appaloosa ruszył, idąc prosto na stojącą trzy metry dalej mnie.
- No, wyminiesz?
Karolina chciała chyba wyminąć mnie z prawej strony, jednak zareagowała zbyt późno, dlatego Doon poszedł w zupełnie inną stronę, po czym stanął, jakby na złość dziewczynie. Zaśmiałam się. 
- Ej, no musisz robić coś w tym siodle. Dobrze zaczęłaś, ale twoje sygnały powinny być obszerniejsze, jaśniejsze, szczególnie na początku, gdy Doon ma w dupie ciebie. Pokaż mu, że jednak ty nim kierujesz. No, ruszaj.
Przez kolejne kilka minut Karolina walczyła z Doonem, który wcale nie chciał tak łatwo się jej słuchać i wykorzystał jej wahania, gdzie tylko się dało. Przez to dość szybko pewność siebie dziewczyny zaczęła znikać, co, rzecz jasna, tylko pogarszało sytuacja. Z czasem jednak udało jej się jako tako ogarnąć wałacha, dlatego rozłożyłam kilka drągów i poprosiłam, aby przejechała nad nimi w stępie.
- Pamiętasz wysiadywanie kłusa?
- Nie wiem... w sumie...
- No, to zaraz się dowiemy, czy pamiętasz - powiedziałam, gdy Doon szedł po prostej - Przyłóż mocniej łydkę i oddaj mu wodze.
Karolina wykonała moje polecenie. Wałach zakłusował powoli i z wyraźną niechęcią, a dziewczyna wcale nie próbowała, a raczej nie była w stanie próbować, utrzymać odpowiedniego tępa - sama nie potrafiła utrzymać równowagi w siodle.
- Dobra, próbuj załapać równowagę, nie, nie trzymaj hornu! Nie zwolni ci, przypilnuje go. 
Szłam kawałek za zadem Doona rzeczywiście nie pozwalając przechodzić mu do stępa, pilnując przy okazji cały czas Karoliny. Appaloosa miał niezbyt wygodne chody, dlatego zajęło jej trochę odnalezienie jako takiej równowagi przez odchylenie się do tyłu. Co prawda, słowem zmuszałam ją do pracy nad równowagą, jednak niewiele to dawało.
- Przyjeżdżasz tu za tydzień - powiedziałam - I przez bitą godzinę będziesz jechać w kłusie, tak, aż przestaniesz czuć tyłek. Obiecuje ci to, na prawdę. Dobra, każ mu zwolnić - powiedziałam, odchodząc od zadu Doona, który widząc to, zwolnił, nie odbierając nawet sygnału od dziewczyny. 
- Eh, dobra, wjedź jeszcze raz na drągi w stępie, a ja rozłożę pachołki, miniesz je raz, czy dwa i go rozstępujemy.
- Mhm... 
Tak jak zapowiedziałam, tak zrobiłyśmy. Slalom jako tako Karolinie wyszedł, próbowała w każdym razie kontrolować Doona. Po szybkim rozstępowaniu poprosiłam ją o zejście z wałacha i razem ruszyłyśmy do stajni. Tak jak i wcześniej, wodze trzymała moja uczennica.
- Ale wiesz co... rozsiodłasz go zupełnie sama... zobaczymy, jak ci pójdzie. Spokojnie, to łatwiejsze, niż siodłanie. 

TRENING: trening westernowy z og. Aaron

Koń: Aaron
Jeździec: Podkowa
Trener: ---
Typ treningu: trening westernowy
Data, czas i miejsce: 22 marca 2015r, 9:00-0:50, Rancho Arisha

Postanowiłam wziąć dziś Aarona na trening. Nie trenowaliśmy jeszcze zbyt dużo razem, dlatego ciągle byłam na etapie poznawania ogiera. Gdy więc zabrałam go z pastwiska, byłam niezmiernie ciekawa tego, jak pójdzie nam praca. Co prawda, nie miałam w planach robienia z nim czegoś bardzo trudnego, jednak miałam nadzieję, że Aaron wyniesie z treningu coś pozytywnego. Po śniadaniu nie wypuszczałam go na pastwisko. Arte poszedł z resztą stada, srokacz zaś czekał grzecznie w boksie, aż ogarnę z Szymkiem stajnie i zabiorę się za siodłanie go.
Przygotowanie ogiera do jazdy nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Tinker stał spokojnie, przysypiał podczas czyszczenia. Przy okazji uznałam, że najwyższy czas przepleść jego długą grzywę - warkocz rozwalał się i nie wyglądał już zbyt schludnie. Gdy Aaron został osiodłany, zaprowadziłam ogiera na dużą ujeżdżalnie. Koń podążał za mną, nie próbując się wyrywać, czy buntować, a gdy już znaleźliśmy się na arenie, stał grzecznie i nie próbował nigdzie iść, gdy ja zabrałam się za ustawianie kilku drągów na środku placu.
W końcu wsiadłam na niego. Aaron stał z opuszczoną głową i tylko przestąpił z nogi na nogę, gdy poczuł na swoim grzbiecie nieco większy ciężar. Usadowiłam się wygodnie w siodle, po czym poprosiłam srokacza o ruszenie stępem. Ruszył dość ociężale, dlatego szybko poprosiłam go o minimalne przyśpieszenie. Zaczęłam prowadzić go wokół płotu, jednak po połowie prostej poprosiłam go o skręcenie do środka ujeżdżalni. Zrobiliśmy dość duże koło, po czym naprowadziłam go na drągi. Ogier przejechał przez nie dość płynnie, za co go pochwaliłam i poprosiłam o zakłusowanie.
Znów wjechaliśmy na koło. Początkowo pozwoliłam iść Aaronowi jego własnym tempem, jednak po połowie okrążenia delikatnie zebrałam wodze, zmuszając ogiera do zebrania kłusa - zaczął iść coraz wolniej, jednak dość często gubił rytm. Pozwoliłam mu więc na chwilę rozluźnienia, po czym znów go zebrałam, prowadząc na wcześniej ustawione drągi. Zauważyłam, że podczas przejazdu nad nimi, jak i kilka kroków po nich Aaron idzie zdecydowanie lepiej, dlatego na moment odpuściłam ogierowi, pozwalając mu przejść do stępa, po czym znów poprosiłam go o przejście do kłusa. Po szybkim zebraniu, naprowadziłam go na drągi, które srokacz i tym razem przeszedł bardzo ładnie. Zadowolona, po raz kolejny kazałam mu zwolnić, jadąc tym razem na rozłożoną z boku ujeżdżalni kładkę. Aaron wjechał na nią bez problemu, idąc po niej ze stoickim spokojem.
- Ładnie - pochwaliłam go, dając mu znów sygnał do zakłusowania.
Ogier przyśpieszył dość płynnie, jednak tym razem nie zbierałam go. Po kilku krokach poprosiłam go o galop i postanowiłam okrążyć w tym chodzie ujeżdżalnie. Aaron galopował dość spokojnie i leniwie i już po kilku metrach musiałam pilnować, by nie zwalniał - oj, brakowało chłopakowi energii! Udało się nam jednak w miarę ładnie przegalopować ujeżdżalnie, po czym, nie zmieniając chodu, kazałam ogierowi znów wjechać na koło, na którym zaczęłam delikatnie go zbierać. Aaron bul na prawdę wygodnym koniem, dlatego, nie powiem, strasznie przyjemnie mi się na nim siedziało, mimo, że dość często musiałam pilnować, by nie zwalniał.  Gdy już został przeze mnie ładnie zebrany, poprosiłam go o przejście do kłusa, co chyba zaskoczyło srokacza, ponieważ wykonał moje polecenie z opóźnieniem. Po jednym kole w kłusie, w którym dałam ogierowi czas na załapanie równowagi, znów poprowadziłam go na drągi, tym razem jednak przez moja nieuwagę, Aaron uderzył kopytem jeden z nich. Szybko wiec powtórzyłam ćwiczenie, nie przeszkadzając tym razem mojemu wierzchowcu, dzięki czemu po raz kolejny wykonał je poprawnie.
Zadowolona, pozwoliłam ogierowi na chwilę stępa na zupełnie luźnych wodzach - ogier, czując, że może sobie na to pozwolić, opuścił łeb, niemal dotykając ziemi. Prowadziłam go w stępie, głaszcząc delikatnie po szyi. Nie zbierając wodzy, znów poprosiłam go o wejście na kładkę, co i tym razem nie sprawiło dla Aarona problemu, jednak za tym podejściem, srokacz szedł zdecydowanie wolniej, z nosem tuż nad nią.
Co mogłabym z nim jeszcze zrobić? Byłam zadowolona z treningu, mimo, że nie zrobiliśmy niczego konkretnego i nie chciałam tego wrażenia niszczyć... postanowiłam więc dać mu jak na razie spokój. Po kilku kolejnych minutach w stępie nie zsiadając z Aarona ruszyłam pod stajnie.
Gdy znaleźliśmy się w boksie i ogier został rozsiodłany, zabrałam się za jego grzywę - rozplatanie jej, czesanie i zaplatanie sprawiło, że szybko zaczęły boleć mnie palce, jednak byłam jak najbardziej zadowolona z efektu końcowego: Aaron znów wyglądał porządnie!
- No, cudaku, to co, na pastwisko? - spytałam, widząc, że ogier znów zaczął przysypiać, zaś jego wcześniej nieco spocony grzbiet zdążył już wyschnąć.
Oczywiście, nie odpowiedział, jednak nie zwracając na to uwagi, ruszyłam do siodlarni po jakiś uwiąz.

TRENING: Teren z kl. Tropical Honey, wał. Ratonhnhaké:ton, kl. Efrafa i wał. Blackberry

Zastęp:
  1. Szymon i Tropical Honey
  2. Karol i  Ratonhnhaké:ton
  3. Podkowa i Efrafa
  4. Amelia i Blackberry

Typ treningu: teren
Data, czas i miejsce: 28 lutego 2015, 9:00-12:00, Rancho Arisha

Dziś, można by rzec, był wielki dzień - Amelia nie była u nas już długo, przez brak czasu, jak i choroby, które ostatnio ją dość często dopadały. Na szczęście, czuła się już dobrze, dlatego gdy dziś Karol, nasz kowal, zaproponował, że przyjedzie, zabrała się razem z nim. Właśnie we czwórkę staliśmy w stajni, przygotowując konie do wyjazdu w teren. Szymon miał wziąć na Tropkę, którą właśnie czyścił, Karolowi dostał się Doon - nasz appaloosa był dość wymagającym koniem w terenie, jednak mężczyzna, mimo, że jeździł konno dość rzadko, miał spore doświadczenie, dlatego nie bałam się dać mu wałacha. Amelia wyprosiła u mnie Blacka, ja zaś miałam wsiąść na naszą małę Efrafę, której trochę pracy zdecydowanie się przyda.
Czyszczenie koni zajęło nam trochę czasu, szczególnie, że Doon i Tropka byli cali ubłoceni, udało nam się jednak z tym uporać. Około dziewiątej wszyscy znaleźliśmy się przed stajnią. 
- Aaron i Arte mogą tak zostać sami? - spytał Karol, który był z Amelią oglądać naszego tinkera chwilę wcześniej.
- Jasne, czemu nie? 
- Omm... ja chce potem na niego wsiąść! - powiedziała dziewczyna, której srokacz bardzo się spodobał.
- Bo Podkowa cię na niego wpuści, wiesz? - Szymek spojrzał na nią kpiąco.
- Podkowa!
- Na razie sama na niego nie wsiadałam, cierpliwości. A teraz na koń, a nie, bo przegadamy zamiast jechać! 
- Mhm....
Ruszyliśmy, kierując się w stronę lasu. Na czele jechał Szymek z Tropką, za nim ruszył Karol z Doonem, następnie jechałam ja, na końcu zaś szedł Black.
- Podkowa... - Amelia znów zaczęła,
- Tak? - odwróciłam się na chwilę w jej stronę, na ułamek sekundy nie zwracając większej uwagi na Efrafę. Klacz od razu próbowała przyśpieszyć i wyjechać z zastępu bokiem.
- Ejjj, ej, młoda, ogarnij, spokojnie. Dobra, Am, co chciałaś?
- Zróbmy może jakieś wiosenne zawody, czy coś.
- Może jak będzie trochę cieplej, co?
- Mhm... ale wiesz, takie amatorskie...
- No, wiem, wiem, o jakie ci chodzi...
- W ogóle, jak Arte?
- Coraz lepiej. Mało pracujemy ostatnio, ale coraz rzadziej się płoszy.
- Mhm.
- Dobra, ludzie, kłusem! - usłyszałam Szymka.
Przyśpieszyliśmy, a ja musiałam zaprzestać rozmowy, ponieważ Efrafa, oczywiście, próbowała iść szybciej, niż powinna, na szczęście zad Doona skutecznie jej to uniemożliwiał. Poza nią, konie szły dość spokojnie: po wjechaniu do lasu appaloosa nieco się spiął, jednak Tropka i Black byli spokojni jak zwykle. Kłusowaliśmy przez kilka minut szerokim szlakiem: teren wspinał się nieco w górę, jednak nadawałby się nawet na galop, wolałam jednak,aby Efrafa straciła najpierw trochę energii, poza tym, nie miałam ochoty mieć całych spodni w błocie, a to przy topniejącym śniegu było niemal pewnością. 
W końcu zwolniliśmy do stępa, wjeżdżając w wąski szlak. Nad naszymi głowami zamknął się las, ścieżka sprawiała, że konie chcąc nie chcąc musiały iść jeden za drugim. Doon był tym nieco zestresowany, jednak Karol skutecznie go uspokoił.
- Ile ten quarter już ma? - usłyszałam nagle kowala.
- Trochę... zaraz... trzynaście w tym roku. Nie, zaraz, on z końca lutego. Już ma trzynaście.
 - Sporo... dalej masz zamiar na nim startować?
- Taak... może jeszcze sezon, czy dwa... Nie mam na razie innego porządnego sportowca - powiedziałam - To znaczy, mam, ale młoda ma niecałe trzy miesiące.
- Ooo... kupiłaś źrebaka?
- Tak, przez własną głupotę, można by rzec. Stoi na razie pod Wrockiem.
- Ładnie. Też quarter?
- Paint. Zapowiada się na prawdę fajnie... no i jest śliczna. Jelenia.
- Podkooowa... ja chce ją zobaczyć - zajęczała Amelia.
- No... ja jej też powtarzam do od paru miesięcy... nie słucha - Szymek się zaśmiał.
- Eh, możemy niby jechać do hodowli... ale wiecie dobrze, że wole nie zostawiać stajni na parę dni nawet na pastwę samych rodziców...
- Ale... Podkowa...
- Spokojnie, jeszcze kilka miesięcy i Sunny będzie tutaj.
- Sunny? Całkiem ładnie.
- Sunset Spirit's Gun, tak dokładniej.
- Wy i te wasze skróty.
Uśmiechnęłam się. W tym czasie wyjechaliśmy na szerszą ścieżkę, dlatego też Szymon zarządził kłus. Tym razem Efrafa zachowywała się nieco lepiej, jednak w dalszym ciągu próbowała mi się wyrwać i musiałam cały czas ją pilnować. Doon był wyraźnie zestresowany, przynajmniej przez kilka pierwszych chwil, a Black chyba próbował Amelii zagalopować, bo klnęła coś pod nosem, wyzywając go od nadpobudliwego bydlaka. Huh, staruszka wzięło na naśladowanie Efrafy. Tropka, jak na czołowego konia przystało, dalej zachowywała się nienagannie. 
Gdy mój wierzchowiec nieco się uspokoił, zaproponowałam Szymonowi galop, na co pozostali jeźdźcy od razu się zgodzili.
- No, to trzymajcie się - powiedział, przyciskając mocniej pięty do boków Tropki.
Ruszyliśmy. Efrafa wystrzeliła jak szalona, Black chyba wierzgnął kilka razy. Tropka początkowo była przez Szymona dość mocno przytrzymywana, gdy jednak wszystkie konie zużyły ten pierwszy przypływ energii, pozwolił jej dowolnie przyśpieszyć. Nasz zastęp poruszał się na prawdę szybko przez dobre kilka minut.
W końcu zwolniliśmy, nieco zdyszani. Konie były oblane potem, pozwoliliśmy im więc odetchnąć. Spojrzałam na Amelie, sprawdzając, czy dziewczyna aby na pewno żyje, jednak gdy nasze oczy spotkały się, obydwie wybuchnęłyśmy śmiechem. Oj tak, galop poprawiał nastrój natychmiast! 
Błądziliśmy po ścieżkach jeszcze przez kilka godzin, raz kłusując, raz galopując, w przerwach rozmawiając na różne końskie tematy. Muszę przyznać, że brakowało mi wspólnych wyjazdów, które ostatnio tak zaniedbaliśmy. Gdy wróciliśmy na rancho, konie były zmęczone, tak samo jak my. Nawet Efrafa na końcu uspokoiła się, zachowując się nienagannie. 
- No... to rozsiodłujemy i idziemy na obiad? - zaproponowałam.
- Jasne.
- Umieram z głodu.
Zaśmiałam się, zsiadając z kucyka. Zaczekałam, aż reszta wprowadzi konie do środka i sama weszłam do stajni. 

TRENING: Praca z ziemi z og. Aaron

Koń: Aaron
Jeździec: ---
Trener: Podkowa
Typ treningu: praca z ziemi
Data, czas i miejsce: 26 lutego 2015, 13:00-13:40 Rancho Arisha

Chociaż Aaron stał już u nas bardzo długo, cały czas odkładałam rozpoczęcie pracy z nim: a to pogoda mi nie odpowiadała, a to inny koń był ważniejszy. W tym czasie zdążył zapuścić już u nas korzenie, a i ja, i Szymon, zdążyliśmy go dość dobrze poznać. Nim jednak miałam zamiar na niego wziąć, wolałam popracować z nim trochę z ziemi.
Przed pierwszą poszłam na pastwisko, od razu z lonżą, mając nadzieję, że ogier nie próbował się tarzać. Śnieg topniał, tworząc błoto, a nie miałam większej ochoty na spędzanie godziny aby go czyścić. Na szczęście, stał grzecznie z Arte, skubiąc zmrożoną trawę.
- Oj, chłopaki, nie macie siana? - spytałam, wchodząc na pastwisko. Obydwa konie podniosły łby, spoglądając na mnie ciekawsko, a Aaron niemal natychmiast ruszył w moim kierunku. Chwilę później jego śladem poszedł Arte.
- Okej, koniec lenienia, czas się za ciebie wziąć. Oh, spasłeś się - mówiłam, zapinając do jego kantara lonże. Aaron oczywiście nie skomentował.
Po kilku minutach znaleźliśmy się na roundpenie. Miałam w ręku bat, który wzięłam po drodze. Przez parę chwil stałam przy ogierze, głaszcząc go. Aaron przymykał oczy, wyraźnie dobrze się z tym czując, a gdy przestałam, ruszył pyskiem, jakby domagając się więcej.
- O nie, nie. Dość dobrego. Pracować zacząć trzeba! - powiedziałam, dając mu sygnał do wejścia na okrąg.
Aaron zareagował z pewnym opóźnieniem, jednak ruszył stępem, stopniowo się ode mnie oddalając. Pozwoliłam mu iść stępem przez kilka minut jego własnym tempem. Głowę miał opuszczoną, był rozluźniony, jednak dość leniwie przebierał nogami. Gdy zrobił kilka okrążeń, poprosiłam go o lekkie przyśpieszenie, zbliżając delikatnie bat do jego zadu. Zareagował niemal natychmiast, wyciągając nieco stęp, unosząc przy tym na chwilę głowę. Nie przeszedł jednak połowy okrążenia, a znów ją opuścił, prezentując się jednak znacznie lepiej: podnosił nogi wyżej i nie sprawiał wrażenie takiego konia, który zaraz się o nie potknie. Wprawdzie dalej wyglądał na zaspanego, ale podejrzewałam, że to moje wrażenie spowodowane jego posturą.
Poprosiłam go o przejście do spokojnego kłusa, na co Aaron również zareagował bez większych problemów. Jak poprzednio, pierwsze co podniósł nieco głowę, tym razem tak, jakby był zaskoczony moim poleceniem, jednak i tym razem po kilku krokach ją opuścił. Miałam wrażenie, że w dalszym ciągu brakuje mu trochę energii, szczególnie, że co chwilę byłam zmuszona, aby go poganiać, ponieważ Aaron nie utrzymywał sam dobrego tempa i co parę kroków zdawał się gubić rytm.
- Doobra, Aaron, stęp! - powiedziałam, pozwalając mu na chwilę zwolnić i prosząc go o zmianę kierunku. Gdy szedł już w drugą stronę i zrobił kilka kroków w stepie, znów poprosiłam go o kłus. Chyba nieco go to ożywiło, bo ruszył znacznie żwawiej, szybko jednak znów zmuszona byłam do pogonienia go, ponieważ tinker na siłę zdawał się próbować przejść do stępa.
- Co z ciebie taki leń, pluszaku, co? - spytałam, widząc wyraźnie, że Aaron, mimo zwalniania, cały czas skupiony był na mnie i śledził uważnie każdy mój ruch. - Trzeba z tobą trochę popracować nad tym, oj trzeba!
W końcu poprosiłam go o wyciągnięcie kłusa. Aaron przyśpieszył niechętnie, jednak wykonał moje polecenie, ukazując się w swojej chyba najlepszej postaci - jego miękki chód sprawiał wrażenie, że tinker niemal frunął. O dziwo, nogi zaczął podnosić znacznie wyżej niż wcześniej, przy czym jego szczoty pięknie falowały, potęgując efekt.
Pozwoliłam mu się nieco zmęczyć, po czym poprosiłam go o przejście do stępa. W czasie dwóch okrążeń, w których dawałam mu odetchnąć, cały czas próbował się do mnie zbliżyć, nie pozwoliłam mu jednak na to.
- Dobra, kłusem! Dajesz, Aaron.
Tinker znów zakłusował, jednak tym razem szedł w tym chodzie ledwie przez chwilę, ponieważ poprosiłam go o zagalopowanie. Zareagował na mnie dopiero za trzecim, czy czwartym razem, jednak w końcu udało się i Aaron ruszył wolnym, jednak bardzo efektownym galopem: jak w wyciągniętym kłusie, tak i teraz dość wysoko podnosił nogi, co sprawiało przyjemne dla oka wrażenie. Niestety, początkowo dość długo trzymał głowę w górze, w końcu jednak przestał udawać dumnego i grzecznie ją opuścił, trzymając ją dokładnie tak, jak na westernowca przystało.
Aaron galopował przez dłuższą chwilę, jednak po kilku minutach jego boki zrobiły się wilgotne, dlatego pozwoliłam mu przejść do stępa. Prowadziłam go w nim przez chwilę, po czym poprosiłam go o zatrzymanie i podejście do mnie, co Aaron zrobił z ochotą. Pogłaskałam go i odeszłam od niego, nie pozwalając iść za mną. Za to kazałam ogierowi znów iść stępem, tym razem jednak w drugą stronę. Ogier grzecznie posłuchał. Pilnowałam cały czas jego tempa, po jakimś czasie prosząc go o w miarę energiczny, jednak niezbyt szybki kłus. Galop chyba nieco go pobudził, bo o dziwo, wyszło mu to, mimo, że początkowo był przecież dość zaspany. Zadowolona, poprosiłam Aarona o stęp i rozstępowałam go. Gdy oddech ogiera był już zupełnie równy, wyprowadziłam go z roudpena, zastanawiając się, czy wprowadzić go na chwilę do stajni, czy od razu wypuścić na pastwisko. Wolałam uniknąć zakładania mu derki - jak już zdążyłam go poznać, było niemal pewne, że po kilkunastu minutach będzie cała ubłocona, jeśli nie zniszczona.