Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rajd Górski im. Sokolego Oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rajd Górski im. Sokolego Oka. Pokaż wszystkie posty

RAJD: Dwudniowy Rajd Górski im. Sokolego Oka. Dzień II

Autor: Podkowa
Data: 26 czerwca 2015r
Plan działania:
5:00 - pobudka
6:00 - wyjazd
10:00-12:00 - pierwszy postój
14:00-15:30 - drugi postój
18:30 - przyjazd na miejsce
Zastęp:
  1. Podkowa i Blackberry 
  2. Mila i Out and About
  3. Ruska i Catyse
  4. Esmeralda i Dracula
  5. Amelia i Microsoft Excel T
  6. Caroline i Celadine
  7. Elvia Savange i Cephee
  8. Agness Lenoore i Barbór
  9. Szymon i Tropical Honey 
Noc minęła nam nadzwyczaj szybko. Wieczorem, po oporządzeniu koni i wstawieniu ich do boksów, właściciel hodowli oprowadził nas po niej i choć któraś z dziewczyn wspomniała o tym, że można by teraz rozkręcić imprezę, to nikt jej nie poparł, nic dziwnego z resztą, bo wszyscy słanialiśmy się na nogach. Dlatego też po lekkiej kolacji i przydzieleniu pokojów dość szybko wszyscy znaleźliśmy się w łóżkach i chyba nie skłamię, gdy powiem, że każdy zasnął momentalnie.
Rankiem nikt nie był zbyt chętny do rozmów. Dziewczyny snuły się jak duchy po jadalni, a wszelkie próby zapoczątkowania rozmowy przez Szymka spełzły na niczym. Sama głównie obserwowałam i miałam nadzieję, że kawa za jakiś czas zdziała cuda i trochę je obudzi. Gdy w końcu wszystkim udało się dotrzeć do stajni i zabraliśmy się za przygotowanie koni, nikomu nie chciało się nawet sięgać po wystawione farbki: zwierzęta z wczoraj dalej były kolorowe, wymagały jedynie poprawek, a tych nikomu nie chciało się wykonywać. Najgorzej wyglądała chyba Catsyse, wcześniej najmocniej pomalowana, teraz - ze sporą ilością braków w farbie, ale Ruska zdawała się nic sobie z tego nie robić. Po wyczyszczeniu koni i wyprowadzeniu ich, ruszyliśmy w drogę powrotną, dalej w prawie całkowitym milczeniu.
Jadąc przodem, słyszałam, jak Amelia próbowała rozmawiać z Caroline, jednak chyba nie wpadł im żaden temat, który zająłby dziewczyny na dłużej. Na szczęście czy nieszczęście jednak, o ile początkowo konie jechały spokojnie, o tyle po wjechaniu do lasu, Celadine znów zaczęła się buntować, próbując się cofać i zmuszając tym samym Cephee do zatrzymania się, co zaś sprawiło, że Barbór pod Agness odskoczył w bok. 
- Hej, hej, spookojnie - usłyszałam Caroline.
- Shhh... Barbór, już, juz.
- Cephee!
- Spokojnie dziewczyny - Szymon pilnie obserwował całą sytuacje. Widziałam też, że Amelia i Esmeralda patrzą na całe zdarzenie z rosnącym niepokojem. Poza tą trójką, przez ich zachowanie również Out zrobił się nieco niespokojny, Black także parsknął raz, czy dwa strzygąc uszami.
- Już, zaraz ją opanuje - usłyszałam Caroline, która wyjechała na bok ścieżki i próbowała zmusić klacz do zatrzymania się.
Barbór i Cephee były już w miarę spokojne, jednak ten pierwszy cały czas niepewnie patrzył na gniadą koleżankę.
- Caroline, lepiej? - spytała Ruska, która patrzyła się na dziewczynę na prawdę zmartwionym wzrokiem.
- Tak, tak, moment, zaraz możemy jechać.
Właścicielka protagonistki spędziła jeszcze chwilę na rozmawianiu z klaczą, po czym wróciła do zastępu.
- Dobra, może nie będzie na razie wariować.
- Okej - potwierdziłam - Wszyscy gotowi? Wszystko na pewno gra, tak? Cephee, Barbór? Inne konie spokojne? No to chodźmy.
Ruszyliśmy znów stępem. Po chwili wjechaliśmy na ścieżkę z przepaścią po jednej ze stron, dlatego starałam trzymać się zastęp z dala od niej, tak w razie czego, gdyby Celadine znów coś wymyśliła. Klacz wprawdzie na razie szła spokojnie, jednak była wyraźnie bardziej nerwowa, niż pozostałe konie. Gdy uznałam, że jest to w miarę bezpieczne, zaproponowałam kłus i już po chwili pogoniłam do niego Blacka. Wałach ruszył spokojnym, równym kłusem. Jadący za mną Out nie miał problemu z przyśpieszeniem, podobnie Catyste, jednak Dracula Esmeraldy chciał chyba ją sprawdzić i zmusił do kilkukrotnego poganiania. Gdy w końcu zakłusował, właścicielka pochwaliła go. Wraz z nim zakłusowała Excel. Celadine nie próbowała się tym razem buntować, podobnie jak pozostałe dwa konie na tyle zastępu. Z dziewczynami było nieco gorzej niż z końmi, bo nawet mi obolały tyłek po wczorajszym dniu dawał znać - wszystkie krzywiły się, gdy tylko przypadkiem traciły równowagę, co było o tyle łatwe, że nasze mięśnie były jednak nieco zmęczone. Uznałam, że galop trochę nam pomoże, jednak nie chciałam go ryzykować przed zmęczeniem nieco koni, jeszcze przy przepaści, tak, by Celadine nie wariowała zbytnio. Miałam nadzieję, że klacz opadnie dziś szybciej z sił niż poprzedniego dnia.

Zagalopować udało się nam na przepięknej, dużej hali. Teren spadał nieco w dół, jednak na tyle łagodnie, że nie ryzykowaliśmy połamania nóg naszych wierzchowców. Black wyraźnie się ożywił, widząc wolną przestrzeń, zaś Celadine jak na razie zachowywała spokój, dlatego po krótkiej konsultacji z ekipą, zmęczoną już dość długim odcinkiem kłusa, pogoniłam mojego konia do galopu, zaś za mną to samo uczyniła cała reszta.
Black wyrwał się do przodu, biegnąc z nieskrywaną wręcz radością, jednak bez problemu nad nim panowałam. Pozostałe konie równie chętnie ruszyły, widząc ogromną łąkę i przez chwilę galopowaliśmy wręcz wzorcowo - jeden koń za drugim, w dobrym rytmie, żaden koń nie próbował nikogo wyprzedzać, a jeźdźcy dawali sobie radę bez większego problemu... do czasu, gdy Catyste wierzgnęła z radości. Sprawiło to, że Ruska straciła równowage, ledwo trzymając się na grzbiecie konia, zaś jadący za nią Dracula wycofał się, próbując stanąć dęba, również niemal zrzucając Esmeraldę z grzbietu. Zauważyliśmy to na szczęście w czas, dlatego i mi, i Mili udało się zatrzymać wierzchowce, zaś ci będący z tyłu zjechali w bok. W tym czasie Esmeralda utrzymała równowagę i została na grzbiecie swojego kuca, zaś Ruska, niestety, ześlizgnęła się z Catyse na ziemie. Na szczęście w nieszczęściu, był to jak najbardziej kontrolowany upadek, zaś srokaty koń właścicielki Dragon Hill, natychmiast się uspokoił i stał spokojnie, nie próbując zdeptać jej. Moment później do klasy podjechała Mila, chwytając wodze klaczy i odciągając ją od właścicielki.
Ja zaś, oraz Elvia podeszliśmy do dziewczyny, pomagając jej wstać.
- Nic ci nie jest?
- Nie, nic... chyba wszystko gra. Tak, na pewno - Ruska kiwnęła głową.
- To dobrze. Esmeralda?
- Jest OK. Draculi też nic się nie stało.
- Mhm. Mila, jak Catyse?
- Zdaje się być w porządku. - Mila, dla pewności zmusiła klacz do kłusa u swojego boku, popędzając Out'a - Tak, nic jej nie jest.
Sama widziałam, że srokata klacz kłusuje bez najmniejszego problemu, kiwnęłam więc głową, nim jednak wydałam polecenie, by znów wziąć na konie i uformować zastęp, bunty Celadine odezwały się i klacz, zdenerwowana całą sytuacją, zaczęła wyrywać się Caroline.
- Hej, kobyła, spokojnie, no weź się uspokój - dziewczyna próbowała opanować tańczącą w miejscu gniadoszkę, co było o tyle trudne, że bez siodła trudniej było utrzymać jej równowagę. Celadine chyba chciała ruszyć galopem, jednak bardzo krótka wodza nie pozwalała jej na wyrwanie się.
Pozostali jeźdźcy odsunęli się od pary, czekając, aż Caroline nieco ją uspokoi.
- Na następnym postoju dostajesz siodło - powiedziałam, spoglądając kątem oka na stojącego spokojnie Blacka, gdy Celadine była w miarę spokojna. 
Caroline kiwnęła głową. 
- Szymek, weź może ją na linę, dla bezpieczeństwa. Amelia, idź na koniec, za nich. A teraz na koń, jedziemy dalej.

Do postoju nic większego się nie działo. Dojechaliśmy do niewielkiego schroniska, przywiązując konie tak, aby mogły poskubać trawę, pojąc je i zamawiając coś do jedzenia. Mój ojciec już czekał tam na nas wraz z siodłem dla Caroline. Widziałam, że dziewczyna głupio czuje się z myślą, że będzie musiała jako jedyna, nie z własnego wyboru, w nim siedzieć, jednak nie protestowała. Gdy najadłyśmy się, a konie odpoczęły ruszyliśmy w dalszą trasę. Odcinek do kolejnego postoju miał być wyjątkowo stromy, dlatego też mimo, że jechaliśmy głównie w stępie, to i my, i konie byliśmy dość szybko zmęczeni. Tym razem Celadine nie próbowała się buntować, dzielnie pokonując trasę, jednak i tak ona, z Cephee i Out'em dość mocno nas spowalniali - to trio jechało zdecydowanie wolniej niż pozostałe, ze spokojem pokonując przeszkody, na jakie natrafialiśmy, jednak sprawiało im to spore trudności. Nic dziwnego więc, że gdy dojechaliśmy na łąkę, na której miał odbyć się kolejny postój, wszyscy z radością zeskoczyliśmy z koni, wypuszczając je do niewielkiej zagrody dla owiec i pojąc je, po czym natychmiast ruszając do rozpalonego przez również mojego tatę ogniska, nad którym już piekły się różnego rodzaju rzeczy, nie tylko mięsne. Gdy więc usiedliśmy razem wokół, jedząc i popijając różne napoje z plastikowych kubków (każda zaś mając przy okazji ręce brudne od tłuszczu), rozmowa zaczęła się w najlepsze. Pogoda była ładna, okolica przepiękna, towarzystwo dobre, czego więc więcej można by chcieć?
Caroline rozmawiała o czymś z Angess oraz Milą i moim ojcem, Amelia, Ruska i Elvia śmiały się z czegoś, ja zaś dyskutowałam z Esmeraldą i Szymkiem, do którego jednak w pewnej chwili zadzwonił telefon, dlatego też odszedł by na chwilę porozmawiać, a ja z właścicielką Anarkii zaczęłam dyskusje o hucułach, które w tym roku przyszły na świat na jej łąkach.
Po jakiś dziesięciu minutach do naszych uszu dotarł dziwny dźwięk... ktoś dął w róg? Zmarszczyłam brwi, słysząc to.
- Co to? - odezwała się Elvia.
- Pojęcia nie mam - Amelia również wydała się zaskoczona.
- Chyba czasy polowań z rogiem minęły dawno nie? - powiedziała Ruska.
- Raczej tak. - przytaknęłam - Spokojnie, pewnie ktoś się bawi - wzruszyłam ramionami.
- Pewnie tak - potwierdziła właścicielka Cephee.
- Hej, co to...? - Angess spoglądała na ścianę lasu, najbardziej oddaloną od nas. Coś zdawało się tam poruszać...
... i już chwilę później widzieliśmy zastęp jeźdźców, na pomalowanych na kolorowo koniach. Pierwszy z nich, na tarantowatym ogierze miał na głowie ogromny pióropusz, za nim zaś jechały dwa równie kolorowe wierzchowce, z czego jeden dosiadany był przez kobietę, na końcu zaś za wszystkimi podążała nieduża, srokata klacz. Wszyscy wstaliśmy, osłupieni, szczególnie, że zastęp robił na prawdę ogromny hałas i z daleka nie przypominał mi nikogo znajomego...
No właśnie, z daleka, bo gdy tylko podjechali bliżej, rozpoznałam w pierwszym jeźdźcu Jana z WHK Arisha na Powhatanie oraz resztę ekipy z tejże stajni: Kasia na Aquene, Dawid na Missouri oraz Tom na Sunset Whiz. Ci jednak zamiast stanąć i się przywitać, okrążyli nas, patrząc na nas wrogo. Wszyscy mieli na sobie typowo indiańskie stroje, zaś konie pomalowane były podobnie jak nasze.
Widziałam, że nasze konie (w tym jeden z tejże hodowli) przyglądają się ciekawsko całemu zajściu.
- Kto bez pozwolenia śmie wjeżdżać na ziemie plemienia Arikarów? - nigdy nie spodziewałam się, żeg głos Jana może być tak władczy.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Chyba Ruska miała pomysł, co zrobić, jednak Szymek był od niej zdecydowanie szybszy. 
- My, znużeni wędrowcy, szukający chwili odpoczynku. Wybacz nam, wielki wodzu, nie mieliśmy złych zamiarów - gdy mówił, nie widziałam wyrazu jego twarzy, głos mężczyzny był jednak tak pewny, że miałam wrażenie jakby... przygotowywał się do tego wcześniej.
- Nie zabijajcie więc naszej zwierzyny, a być może odjedziecie stąd żywi - odparł Jan. Widziałam, że Kasia z trudem powstrzymuje śmiech. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Część ludzi nie miała pojęcia, kim jest ta ekipa, dlatego dziewczyny w dalszym ciągu były zdziwione całym zajściem i chyba tylko ja (oraz Amelia, teraz już dziwnie spokojna... no i Szymek) wiedziałam, co się właśnie dzieje. 
- Nie przybyliśmy polować, wielki wodzu.
Jan miał chyba coś powiedzieć, ale Kasia nie wytrzymała, wybuchając śmiechem i niszcząc całą iluzje. Razem z nią śmiechem wybuchnął Dawid, ja i Amelia, reszta jednak dalej była chyba zbyt zdezorientowana.
- Coś ty wymyślił? - spytałam Szymka, gdy już się nieco uspokoił.
- No wiesz, gdy załatwiałem konia dla Amelii, Kasia wpadła na ten pomysł...
- No ii... uznaliśmy, że też wybierzemy się w góry z końmi - dokończyła za niego z zadziorną miną - Trochę was strasząc... 
- A że mamy odpowiednie konie - dodał Dawid - To czemu nie?
- Muszę przyznać, że dawno nie robiliśmy czegoś takiego - odparł Jan, wyglądający znacznie młodziej w przebraniu indiańskiego wodza.
- Hej, dobra, dobra, koniec gadania - rzucił mój ojciec - Siadajcie, oni i tak tego nie przejedzą, konie zostawcie, opowiecie przy jedzeniu wszystko. 
Gdy ekipa z hodowli ściągała koniom siodła, słyszałam, jak dziewczyny chichoczą i śmieją się z całej sytuacji.

Gdy zebraliśmy się, każdy poszedł w swoje stronę - my na Rancho, druga ekipa do schroniska. Ostatnie trzy godziny jazdy minęły nam nadzwyczaj szybko i spokojnie. Celadine była zbyt zmęczona, by się buntować, zaś całe zdarzenie z indianinami, sprawiło, że dziewczyny bardzo pobudziły się, bezustannie gadając i zapominając o zmęczeniu oraz bolących pośladkach. W chwili wiec, gdy przed nami pojawiło się Rancho, nikt nie mógł uwierzyć, że tak szybko znaleźliśmy się z powrotem.



Mam nadzieję, że rajd Wam odpowiada :) Wybaczcie, za zakończenie, jednak po prostu nie miałam ochoty już tego ciągnąć na siłę, skoro wszystkie pomysły zrealizowałam. Jeśli chcecie podlinkować rajd koniom jako jeden "ciąg" wystarczy kliknąć w odpowiednią zakładkę.

RAJD: Dwudniowy Rajd Górski im. Sokolego Oka. Dzień I

Autor: Podkowa
Data: 25 czerwca 2015r
Plan działania:
5:00 - pobudka
6:30 - wyjazd
9:40-10:30 - pierwszy postój
14:00-16:00 - drugi postój (wizyta w schronisku)
19:00 - przyjazd na miejsce
Zastęp:
  1. Podkowa i Blackberry 
  2. Mila i Out and About
  3. Ruska i Catyse
  4. Esmeralda i Dracula
  5. Amelia i Microsoft Excel T
  6. Caroline i Celadine
  7. Elvia Savange i Cephee
  8. Agness Lenoore i Barbór
  9. Szymon i Tropical Honey 

Cała ekipa dzisiejszego rajdu zebrała się już u nas poprzedniego dnia, pod wieczór. Dziewczyny chciały trochę poimprezować, jednak razem z Szymonem wybiliśmy im to z głowy: bycie pijanym, lub na kacu, będąc na szlaku, jeszcze bez siodła, nie było zbyt rozsądne. Najbardziej wściekały się Mila z Ruską, które chyba już wcześniej umówiły się że trzeba rozkręcić party, ale na szczęście, nic z tego więcej nie wynikło (troszkę za sprawą Esmeraldy, która na prawdę bardzo nam pomogła resztę pań uspokoić). 
Rankiem myślałam, że wstałam jako pierwsza, jednak gdy zeszłam na śniadanie przy stole siedziała już kompletnie ubrana Esmeralda, dyskutując o czymś z Agness, która jeszcze na sobie miała piżamę, zaś w kuchni krzątała się moja mama.
- Hej dziewczyny, jak noc?
- Świetnie! W ogóle, pewnie nie słyszałaś, ale konie nieźle się bawiły w nocy. Koło trzeciej mnie obudziły, na oko, chyba to twoje srokate młode zaczepiało coś większego... Doona? - odparła pierwsze co Esmeralda.
- Ah, weź, ona kombinuje jak się da. Nie ma dnia spo... o, cześć Smok, Szymek wstał, że cię wypuścił? - pogłaskałam psa, który akurat się tego domagał, po czym spojrzałam na Angess: - A tobie? Jak się spało?
- Całkiem dobrze - Agness przytaknęła, widziałam jednak, że chyba czuje się nieco niepewnie w nowym miejscu. No tak, większość dziewczyn trochę znałam, jedynie ona, jak i Caroline były mi dość obce. 
- Dobra, idę sprawdzić czy reszta wstała. Zaraz wrócę.

Większość wstała bez większych problemów. Jedynie Elvie, dzielącą pokój z Milą i Ruską trzeba było niemal siłą wyciągnąć z łóżka, jednak chyba nikogo to szczególnie nie zdziwiło. Gdy wszyscy się ogarnęli i zjedli śniadanie w miłym towarzystwie, ruszyliśmy do stajni, gdzie czekały już na nas wierzchowce. 
- Dobra, może mała zbiórka. Amelia, masz te farby? - spojrzałam ku stojącej nieco z boku dziewczynie. 
- Eh, zapomniałam...
- Leć.
- Nie trzeba, też przywiozłam! - odezwała się Mila.
- Ooo, serio? Świetnie! Ale i tak, Amelia, idź, coby nie zabrakło. 
Jak na indiański rajd przystało, konie musiałby być obowiązkowo kolorowe i miałyśmy zamiar do tego dojść wykorzystując naturalne, bezpieczne dla zdrowia koni farbki. Nie to jednak było w naszej zbiórce najważniejsze.
- Dobra, zaraz weźmiemy się do roboty, ale najpierw organizacyjnie. Jak wiecie, jedziemy na oklep, ale ojciec będzie krążył obok nas, z siodłami, tak w razie gdyby ktoś zaniemógł. Oczywiście, będzie miał też apteczkę i inne takie. Plecaki, mam nadzieję, macie przygotowane? No, to dobrze. Nie gonimy, słuchamy się mnie, pilnujemy siebie nawzajem, bla, bla, bla, dobrze chyba wiecie, jak powinnyście się zachować, a jak nie czeka was opieprz ode mnie i Szymka, nie?
- Oczywiście, szefowo! - mężczyzna podniósł brew, uśmiechając się od ucha do ucha.
- No. 
- Smok jedzie z nami? - spytała Elvie, której owczarek akurat obwąchiwał buty.
- Nie.. obawiam się, że padł by w połowie. Ale może ojciec zapakuje go do samochodu?
- Tak! - Ruska niemal podskoczyła, słysząc to.
- Nie ode mnie to już zależy... ale plus za entuzjazm! - powiedziałam, biorąc farbki od Amelii, która właśnie powróciła - Okej, farbki są, pędzle też, do roboty, zmieńcie konie w indiańskie bestyjki.
Jak się spodziewałam, babranie się w farbie zajęło wszystkim zdecydowanie najwięcej czasu - każda z dziewczyn chciała, aby jej wierzchowiec był najbardziej indiański, dlatego starały się jak mogły. Jedynie Szymek i Esmeralda skończyli szybko: mężczyzna domalował tylko Tropce, na której miał jechać, kilka kresek niebieską i czerwoną farbą na pysku i zadzie, zaś Esmeralda namalowała Draculi kółko wokół oka dwoma kolorami: również czerwonym i żółtym. Muszę przyznać, że nawet ja się nieco wkręciłam, ozdabiając zad Blacka jakimś bliżej niezidentyfikowanym wzorem, decydując się również na kółko wokół oka. Agness postanowiła pójść na całość, babrając całą rękę w farbce i odciskując ją kilkukrotnie na zadzie swojego Barbóra, domalowując mu też różne kreski na nogach. Ruska, wykorzystując srokatą maść Catyse, czarną farbkę i miłość do Marvela chyba uznała, że zrobi z niej komiksową postać, ponieważ obrysowywała i cieniowała jej sierść tak, aby klacz miała wyraźne konkury. Cóż, kreatywnie, nie powiem. Mila chyba próbowała zmienić Out'a w indiańską tęczę, robiąc mu chyba najwięcej znaczków na całym ciele ze wszystkich, zaś Caroline skupiła się głównie na nogach gniadej Celadine, mając jakby nadzieję, że indiańskie symbole ochronią je przed uszkodzeniami. Amelii dostała się Excel - appaloosa z hodowli westernowców spod Wrocławia. Nie mieliśmy innego, wygodnego konia na rajd, dlatego poprosiłam ich o pomoc i udostępnili nam tę oto panią, która już z resztą u nas niegdyś była. Tarantowata maść nie wymagała wielu poprawek, jednak parę muśnięć pędzelka Amelii sprawił, że wyglądała iście indiańsko: a wystarczyło tylko kółko wokół oka i znaczenia na tylnych nogach!
Gdy wszystkie konie były pomalowane i wyczyszczone, wyprowadziłyśmy konie na zewnątrz, a ja zabrałam się za ustawianie zastępu. Ja miałam jechać na początku, później Mila, Ruska, Esmeralda, Amelia, Caroline, Agness i na końcu Szymek. Po ustawieniu, tak, aby żaden z koni się nie próbował pokopać, czy pogryźć, w końcu ruszyliśmy. Miałam nadzieję, że sama wytrzymam tak długo, siedząc na oklep... a głupio by było, aby pomysłodawczyni nie wytrwała do końca, prawda? Cóż, Black, cała nadzieja w nim! Był wygodny, ale czy wystarczająco? 

Rajd zaczął się bardzo spokojnie. Konie szły bez problemu, pogoda dopisywała - dzień miał być ciepły, ale nie upalny i taki właśnie się zapowiadał. Niestety, nie wyglądałyśmy tak indiańsko, jak byśmy chciały - chociaż Angess, wraz z Amelią i Elvią domalowały sobie kolorowe kreski na twarzach, to jednak musiałyśmy wybrać wygodne, a nie klimatyczne stroje, na dodatek przy braku juków plecaki były niezastąpione, co i tak, i tak niszczyłoby ubranie. 
Już przy pierwszych wspinaczkach widać było, które konie przystosowane są do chodzenia po górach, a które nie. Krótko po pierwszy, dość długim odcinku kłusa musieliśmy zjechać dość mocno w dół. Black, Dracula, Excel i Tropka nieźle balansowały ciałem, Catyse, Out oraz Barbór jakoś sobie radzili, mimo, że widać było u nich brak wprawy, a Celadine i Cephee, typowo sportowe konie, schodziły zdecydowanie mniej pewnie, niż pozostałe, kilkukrotnie ślizgając się po kamieniach. Udało nam się jednak przebrnąć bez szwanku, a jako, że wyjechaliśmy przez to na dość szeroki szlak z pięknymi widokami, pozwoliliśmy sobie po chwili na kawałek galopu. 
Czułam, że moje cztery litery nieco narzekają, jednak dawałam radę. Black szedł przodem bez najmniejszego problemu, nie wyrywając się i będąc przy tym wzorowym czołowym, dlatego nie musiałam tak bardzo skupiać się na kontrolowaniu jego, zwracając większą uwagę na to, jak na nim siedzę. Kątem oka widziałam, że Ruska w pewnym momencie straciła na moment równowagę, jednak odzyskała ją. Reszcie na szczęście się to nie zdarzyło.
Konie i ludzie dawali radę. Nie galopowaliśmy zbyt dużo, prowadząc konie w większości w kłusie, przez co obrywało się nieco naszym siedzeniom, ale za to trzymaliśmy tempo oraz zmęczenie koni na odpowiednim poziomie. Zwierzęta raczej sobie radziły, jednak miałam wrażenie, że Caroline nie najlepiej wybrała sobie konia. O ile początkowo Celadine reagowała z ciekawością na wycieczkę, o tyle z każdą chwilę klacz robiła się coraz to bardziej nerwowa, próbując się buntować. Raz, czy dwa zatrzymaliśmy się właśnie przez nią, bo gniadoszka zaczynała tańczyć i próbować się wyrwać. Udawało się nam ją jako-tako uspokajać, jednak w dalszym ciągu była nerwowa i podatna na płoszenie się, dlatego i Amelia, i Elvia, jadące obok Caroline, dostały rozkaz zwracania na tą parę szczególnej uwagi.
O dziwo, wyjątkowo dobrze sprawdzała się  Catyse - nie miała może takiej wprawy, jak Black, czy Draco Esmeraldy, jednak poza tym klacz była niezwykle odważna i wjeżdżała bez wahania nawet w wąskie ścieżki, czym pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie tak źle radziła sobie również Cephee, która mimo tego, że była wysokiej klasy koniem sportowym, spokojem mogła dorównywać naszym westernowcom.
Przed dziesiątą dojechaliśmy na miejsce pierwszego postoju. Był to może nie nadzwyczajny, ale ładny punkt widokowy z dwoma turystycznymi stołami otoczonymi płotkiem nadającym się do przywiązania koni. Zsiedliśmy więc z wierzchowców. Mój ojciec był już na miejscu - samochód zaparkował pięć minut drogi od tego miejsca, zdążył już jednak przynieść większość rzeczy. Co prawda nie wziął ze sobą Smoka, jednak Ruska była zbyt zajęta rozmasowywaniem sobie pośladków, aby to zobaczyć.
- Tato, potrzebujesz pomocy na szybko? - spytałam.
- Nie, prawie nic mi nie zostało, jedynie co, możecie na stołach zrobić porządek.
- Jasne, tylko najpierw konie. Słuchajcie! Zza drzewami jest strumień, słyszycie go? Zaprowadźmy najpierw do niego konie.
- Ok!
- No, to idziemy.
- Gdzie dokładnie?
- Hej, hej, drogie panie, po co tyle zamieszania. Tutaj, tutaj - Pokręciłam głową, słysząc głos Szymka.
Gdy konie zostały napojone, większość przywiązała je do płotu, jedynie Black i Tropka zostały puszczone luzem ze ściągniętymi ogłowiami. Zasiedlimy wiec do stołów, pijąc herbatę i kawę z termosów oraz zjadając wszystkie kanapki oraz większość sałatki i kiełbasek przygotowanych przez mojego ojca.

Druga część rajdu wyglądała podobnie, jak poprzednia. Jedynie Celadine nie chciała ciągle się uspokoić, mimo narastającego zmęczenia. Więcej czasu spędziliśmy też prowadząc konie w stępie i rozmawiając przy tym i podziwiając widoki. Zagalopowaliśmy raz, może dwa i to tylko na krótkich odcinkach. Podejrzewałam, że dopiero na końcu będziemy nieco gonić, aby już jak najszybciej odpocząć, szczególnie, że sama chciałam tam się w miarę wcześnie znaleźć: miejsce na granicy polsko-słowackiej (no, położone już w Słowacji) do którego zmierzałyśmy było na prawdę fajne i miałam nadzieję porozmawiać jeszcze trochę z jego właścicielem. Czas jednak w dobrym towarzystwie mijał szybko i ani się nie spostrzegłam, a już znaki na szlaku oznajmiały, że schronisko, przy którym miał byś postój, jest tuż obok.
- O, nasza karczma! - oznajmiłam - To teraz, kto ma ochotę na pizzę? - spytałam, odwracając się do dziewczyn.
- PIZZA? Nic nie mówiłaś o PIZZY! - usłyszałam wyrzut Amelii, wybijający się spośród ogólnego poklasku. - A razem planowałyśmy!
- Ojej, nie można cię niczym zaskoczyć już, byś się nie obrażała? Co?
- Ale... ale... 
- Okej, jak nie chcesz pizzy, to nie będziesz jej jeść, jak wolisz...
- Ale ja...
Zaśmiałam się, kręcąc głową.
- Dobra, idziemy jeść - odwróciłam się i poprowadziłam Blacka prosto do schroniska, a cały zastęp podążył za nami.

Ponieważ miejsce było ogrodzone, tym razem wszystkie pozwoliłyśmy koniom na spokojny popas, wcześniej pojąc je wodą nalaną do wiader z węża ogrodowego, przy pomocy współwłaściciela schroniska. Po opiece nad końmi w końcu przyszedł czas, aby zająć się jedzeniem oraz rozmowami. Według planu mieliśmy jakieś dwie godziny, które zostały doskonale wykorzystane.
Gdy całą dziewiątką zasiedliśmy do olbrzymiego stołu już po chwili pracownicy schroniska, wcześniej poinformowani o naszym przybyciu, wnieśli kilka rodzajów pizzy: margaritę, z owocami morza, ananasem oraz z szynką. Wszystkie były olbrzymie i wszystkie wybornie pachniały. Dziewczyny z radością zabrały się do jedzenia, zaś Szymek zaproponował, że zamówi napoje i zebrał od każdej rozkazy, po czym zniknął na chwilę. Ja sama pilnowałam, aby towarzystwo się nie pobiło, bo już zaczęły się kłótnie o to, kto ma zostawić ile kawałków dla kogo. 
- Jak tam wasze siedzenia? - zapytała Elvia, akurat w chwili, w której wrócił Szymon, a wszystkie nieco już się uspokoiły.
- Daję radę. Ale nie wiem, jak jutro - powiedziała Mila, marszcząc brwi.
- No, myślałam, że będzie gorzej - przytaknęła Agness, która wyraźnie czuła się już  pewniej, niż rankiem.
- Ruska, skąd wytrzasnełaś Catyste? Genialny koń - rzuciłam do dziewczyny.
- Córka Charlottki Detalli. No i Pana Wiatru.
- Ajś, to nic dziwnego. Na prawdę, fajna jest.
Dziewczyna uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Szkoda tylko, że Celadine odwala - Caroline westchnęła.
- Szport konie raczej nijak nadają się na takie wypady - Esmeralda zmarszczyła brwi - Kuce, konie od bydła, mieszańce wszelkiego rodzaju, grunt, by spokojne i wytrzymałe.
- No, właśnie, oby wytrzymała - kiwnęłam głową - Bo trochę za dużo energii zużywa na nic.
- Damy radę! - rzuciła Elvia, uśmiechając się pocieszająco do dziewczyny.
- Musimy - dodała Mila.
- W ogóle, widziałyście też tego orła, kawałek przed zjazdem? - spytał Szymon.
- Tak! Piękny był!
- No!
- Nie.. ej, co, ja ślepa... czy ja o niczym nie wiem po prostu? Nawet o pizzy? - Amelia patrzyła smutnymi oczkami po wszystkich, jakby szukając współczucia. 

Tak jak planowałam, przed dziewiętnastą prawie byliśmy na miejscu. Zamieniłam się jednak miejscem z Szymkiem, który jechał wraz z Tropką na przodzie, ja zaś dyskutowałam z Angess o kilku westernowcach z jej stajni. Zwierzęta były nieco zmęczone, nawet więcej, niż nieco, dlatego mimo moich wcześniejszych oczekiwań, nie poganiałyśmy ich zbytnio, pozwalając iść własnym tempem. Celadine w końcu nieco się uspokoiła, dając jako tako odżyć Caroline, zaś Ruska z Milą zaczynały wyśpiewywać tyrady o tym, jak bardzo bolą ich tyłki. Na prawdę, zaczęły nawet układać tekst. 
W końcu zaczęliśmy zjeżdżać do doliny i gdy tylko wyjechaliśmy z lasu ukazał się nam niezwykły widok: ogromną dolinę porastała trawa. Okolica była ogrodzona, zaś na pastwiskach pasły się olbrzymie, amerykańskie bizony, patrząc na nas spode łbów. Na jakimś odległym pastwisku można było dostrzec parę tarantowatych koni, zaś w samym centrum stał wielki, drewniany budynek mieszkalny, na jego tyłach zaś dało się dostrzec gospodarską zabudowę. Do budynku prowadziły dwie drogi - jedna ze szlaku, druga zaś była betonową drogą spadającą z drugiej strony doliny.
- Ej, gdzie my jesteśmy? - spytała Caroline z wielkimi oczami.
- Wow, genialne miejsce - oznajmiła Esmeralda.
- Jakie fajne krówki! - Elvia była zachwycona bizonami.
- Mila! Chcemy takiego, nie? - Ruska jakby nagle zapomniała o tym, że ledwo może wysiedzieć na koniu.
- Tak! Jakie to słodkie!
- Nocleg w takim miejscu... za taką cenę? - Agness była zaskoczona.
- Znajomości robią swoje. Górscy ludzie trzymają się razem - oznajmiłam.
- A więc, szanowne panie, witajcie w hodowli bizonów i koni appaloosa o jakże oryginalnej nazwie Divoký Západ! O, gospodarz chyba idzie nas przywitać! - oznajmił Szymek.
Z budynku rzeczywiście wyszedł mężczyzna, obrany w jeansy, nieco brudną już koszulę oraz z kapeluszem na głowie i uśmiechem na ustach, gotów nas przywitać.